Czy to dla nas radosny dzień?, ks. Kazimierz Skwierawski


Był to niezwykły dzień w życiu rodziny, o której mówi Pan Je­zus w przypowieści. Niezwykły dzień, w którym zostały poruszone serca ojca i jego dwóch synów, a także tych wszystkich, którzy znajdowali się w domu, bo byli sługami i najemnikami. Przypowieść rysuje nam ten dzień przez pryzmat wesela, jakie zagoś­ciło w sercu ojca. Cieszył się, bo wrócił do niego syn, który kiedyś odszedł.

Dla nas jest sprawą niezwykłej wagi to, że jako uczniowie Chrystusa i na­leżący do Jego ciała, którym jest Kościół, przeżywamy taki dzień radości w każdą nie­dzielę. Mamy do czynienia dokładnie z tą samą rzeczywistością. Niedziela dla uczniów Chrystusa jest dniem ogromnej radości z powodu spotkania z Ojcem. Niedziela dla wszystkich uczniów Chrystusa, którzy Go miłują, łączy się z udziałem w Mszy św., której kulminacją jest zjednoczenie się z Nim w Komunii św. A to wszystko jest poprzedzone przez nieustanne, codzienne nawracanie się, które ma kulminację w sakramencie pokuty. Przecież prawda wiary, jak i prawda o naszym życiu, o której mówi św. Paweł, są dla nas tak niezwykle jasne: „Nauka to zasługująca na wiarę i go­dna całkowitego uznania, że Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy”.

Prawda wiary – Jezus Chrystus przyszedł zbawić grzeszników – i prawda o mnie – jestem grzesznikiem – przyjęte przez człowieka całym sercem sprawiają, że w jego życiu może się pojawić niezwykła radość, która jest udziałem Boga i całego nieba. Jestem grzesznikiem, który potrzebuje miłosierdzia Ojca, a mogę dostąpić go w każdej chwili, kiedy tylko potrafię przyznać się do swojego grzechu i nazwać go po imieniu. Jeśli jestem zdolny zo­baczyć swoją sytuację tak, jak zobaczył ją młodszy syn – oto jestem z dala od ojcowskiego domu, straciłem wszystko, cierpię głód, którego nikt nie jest w stanie zaspokoić – wtedy rozumiem, jak jestem wystawiony na niszczącą działalność świata, a przede wszystkim Szatana. Rozumiem, że nikt mi nie jest w stanie podać żadnego pokarmu, nawet tego, który należy do świń, a przecież on nie jest w stanie mnie zaspokoić. I mimo że mam Ojca w niebie, przeży­wam swoje życie jako ktoś głodny, dlatego że kiedyś w swoim życiu dokonałem fałszy­wego wyboru. Jakimż błogosławieństwem, jakąż radością staje się wtedy powrót do Ojca!

To bardzo znamienne, że głód cierpią obaj synowie. Głód cierpi młodszy, który dopuścił się jawnego grzechu, który bardzo dotknął ojca swoim zdecydo­wanym odejściem i wyborem wolności nieliczącej się z miłością oj­cowskiego serca. On cierpi głód i w pewnym momencie ten głód staje się motorem powrotu. Ale głód cierpi także starszy brat. On sam mówi o tym: „Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; a mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, abym się zabawił z przyjaciółmi”.

W tym wielkim i wspaniałym dniu dla serca ojca, któremu został przywrócony młodszy syn, który zaginął, starszy wyrzuca z siebie pretensję świadczącą o jego niesa­mowitym, lecz ukrytym głodzie. Jest to głód człowieka, który jest zawsze blisko ojca, któremu służy, ale cały wypowiada się jedynie w tej służbie, która okazuje się być służ­bą niewolniczą – ma on oczy zamknięte na skarby zdolne zaspokoić jego głód. Tym skarbem jest przede wszystkim ojciec i to, co daje on swojemu synowi do dyspozycji. Oj­ciec mu to mówi: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie na­leży”.

Ta przypowieść pokazuje przedziwną rzeczywistość. Człowiek może być głodny zarówno wtedy, kiedy zdecydowanie odchodzi od Boga i gubi się – co jest dla nas rze­czą jasną – ale człowiek może być też głodny – co jest paradoksalne – będąc blisko Boga, blisko Chrystusa, a nawet blisko ołtarza. Dzieje się tak wtedy, kiedy jego życie spro­wadza się jedynie do niewolniczej służby, do wypełniania tylko pewnych religij­nych zasad i praw. Taki człowiek może cierpieć męki głodu, bo nie dostrzegł te­go, co w tym wszystkim jest najważniejsze. Nie dostrzegł miłości Ojca, która cała w je­go kierunku się wypowiada. Jakie to znamienne, że syn, który odszedł, mówi najpierw w swoim sercu, a potem głośno: „Ojcze!”, a ten, który jest blisko ojca, nie ma na us­tach tego słowa, a tylko zaimek: „tyle lat ci służę”. Jakie znamienne jest, że syn, który po­został, nie mówi o swoim bracie: „mój brat”, tylko: „twój syn”. Jakby zupełnie nic nie dostrzegł z tej miłosnej rzeczywistości, bo przecież ojciec, mimo to mówi do niego: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy”.

Moi Drodzy, jest jasne, że kiedy człowiek odchodzi od Boga, kiedy się z Nim nie liczy, cierpi przeraźliwy głód i zatratę swojego człowieczeństwa; ale jakim paradok­sem jest, że umierać z głodu może ten, który ma do dyspozycji całą rzeczywistość oj­cowskiego serca, który się niby w tej rzeczywistości znajduje i mieści, ale nie wyciąga po nią swoich dłoni, a przede wszystkim swojego serca.

Może wiele lat żyjesz i uczęszczasz na Mszę św., stajesz rano i wieczór do modlitwy, może przychodzisz jeszcze do kościoła w innym czasie, starasz się zachowy­wać przykazania i być w swoim życiu odpowiedzialnym, ale czy wiesz, że „wszystko mo­je do ciebie należy”? Czy zdajesz sobie sprawę z bogactwa tego wszystkiego, a przede wszystkim z bogactwa Bożej miłości, z bogactwa każdego słowa, które Bóg mówi do ciebie? Czy zdajesz sobie sprawę, jak niesamowita, niezwykła i przepastna jest otchłań tego słowa, które Bóg do ciebie kieruje? Słowa cierpliwej miłości, która nie waha się przyjść i tłumaczyć. Jakie to jest piękne, że ojciec wyszedł do syna i tłumaczył mu. Choć syn odpowiada bardzo niegrzecznie, to ojciec mówi: „Ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy”.

Trzeba nam się bardzo modlić za każdego człowieka, który jest da­leko od Boga i który jest głodny. Ale jakże trzeba się modlić i za nas, którzy jak ufamy, jesteśmy blisko Boga – przynajmniej pewne sprawy w naszym życiu na to wskazują – byśmy paradoksalnie też nie umierali z głodu. Żebyśmy nie wypowiadali w swoim ser­cu pretensji względem Boga, które w pewnym momencie naszego życia wyjdą na jaw. Żebyśmy umieli dostrzec ten niezwykły dar miłości Boga i wszystko, co się z tym da­rem wiąże, a jest tak przebogate. Bardzo się o to w czasie tej Mszy św. módlmy.