Dziś, ks. Kazimierz Skwierawski


"(...) dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan" (Łk 2,11). Te słowa – głoszące niezwykłą, ale jakże upragnioną wieść – Bóg przekazał przez aniołów pasterzom. Po Maryi, Józefie, Elżbiecie i Zachariaszu są to kolejni ludzie, do których dotarła ta wspaniała nowina. W głębokiej nocy, kiedy trzymali straż wokół swoich stad, usłyszeli to niezwykłe zdanie, które przez wieki było oczekiwaniem całego narodu izraelskiego.

Owo „dziś”, które pasterze przeżywali dwa tysiące lat temu, dla nas dzieje się właśnie teraz i rozciąga się na każdy następny dzień, póki nasze życie trwa. Bóg przypomina nam o podstawowym fakcie naszej egzystencji, że właśnie po to przyszedł na świat, aby nasze życie odmienić i uczynić nowym. Aby ono z mroku ciemności mogło przejść do światła, z utrapienia do szczęścia, z trwogi i lęku do wielkiego pokoju, a z beznadziei do niewyobrażalnej perspektywy, która niepomiernie przewyższa wszystko, czego moglibyśmy pragnąć i co wyobrażać sobie.

To zwiastowanie anielskie skierowane było wówczas do pasterzy, a dzisiaj dociera po raz kolejny do każdego z nas. I tak się dzieje od momentu, gdy ta radosna nowina została nam objawiona po raz pierwszy, kiedy na dźwięk tych słów nasze serce zaczęło bić radośnie, bo zrodziło się w nim pragnienie uwielbienia Boga za tak wspaniały dar. Wciąż jednak powinniśmy stawiać sobie pytanie: Czy nasze serce nadal reaguje tak wielką i spontaniczną radością jak wówczas? Czy naśladujemy pasterzy, którzy po usłyszeniu Dobrej Nowiny natychmiast na nią odpowiedzieli, zebrali się wspólnie i zdecydowali: "Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił" (Łk 2,15).

Kiedy w okresie bożonarodzeniowym uczestniczymy w Mszy św., a nasze serca poruszone są bogactwem treści wspaniałych kolęd, gdy w świątyniach czy w rodzinnych domach klękamy przed żłóbkiem Dzieciątka, to trzeba nam się w Niego wpatrywać tak, jak czynili to pasterze, i szukać Go tak, jak oni szukali. Ta wspaniała wieść była dla nich wezwaniem do podjęcia trudu szukania, bo przecież nie zostało wyraźnie wskazane miejsce, gdzie Go znajdą, a jedynymi znakami rozpoznawczymi były: miasto Dawidowe i niemowlę leżące w żłobie. To stanowiło dla nich wyzwanie, gdyż trzeba było iść w nieznane i szukać. I oni je podjęli – poszli i znaleźli! Jeśli zatem i my chcemy choć odrobinę zgłębić tajemnicę Bożego Narodzenia, jeśli pragniemy, by Jezus stale był obecny w naszym życiu i aby coraz pełniej nas obejmował, to musimy podjąć trud poszukiwania.

Napisano o nich, że udali się z pośpiechem, tak samo jak Maryja z pośpiechem szła przez góry do swojej krewnej Elżbiety. Ale ów pośpiech nie ma nic wspólnego z zabieganiem człowieka, który jest spóźniony, który przychodzi gdzieś nie na czas i nie tak, jak trzeba. To jest pośpiech z Ducha Świętego. To jest owo „coś”, co porusza ludzkie serca i wzywa je do dawania odpowiedzi na Bożą inicjatywę, pokonując wszelką gnuśność i duchowe lenistwo. Jest to postawa człowieka, który działa natychmiast, bo wie, że nie może zwlekać z dawaniem Bogu odpowiedzi.

Z tajemnicą narodzenia Syna Bożego wiążą się zatem kolejne pytania. Czy nasze życie naznaczone jest wytrwałym poszukiwaniem Zbawiciela i wielkim, duchowym pragnieniem jak najszybszego odnalezienia Go? Czy szukając, staramy się być zawsze tam, gdzie trzeba i kiedy trzeba, aby Chrystus nie musiał na nas czekać? Czy mamy świadomość, że każde najmniejsze opóźnienie sprawia, że się z Nim rozminiemy i możemy Go już nie spotkać? Gdyby pasterze zwlekali z decyzją udania się do Betlejem, nie znaleźliby już Dziecięcia w żłobie.

Jaką więc zajmujemy postawę wobec tajemnicy narodzenia Jezusa? Czy On ma szansę narodzić się i w naszym życiu? Czy jesteśmy zakochani w Dziecięciu, które przyniosło nam zbawienie i czuwamy, aby nie uronić niczego ze wspaniałości Dobrej Nowiny? Czy pójście za głosem objawienia Bożego wyznacza sposób naszego postępowania? Czy naprawdę żyjemy tajemnicą Zbawienia, w której uczestniczymy od przyjęcia chrztu? Przecież o tym przypomina nam wyraźnie św. Paweł, kiedy mówi: "Gdy zaś ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela, naszego Boga (...)" (Tt 3,4). Bóg miłuje nas odwiecznie, ale gdy nadeszła pełnia czasu (por. Ga 4,4), Jego miłość objawiła się w sposób dotykalny. A stało się to nie ze względu na naszą sprawiedliwość ani dobre uczynki. Chrystus z miłości i miłosierdzia ku nam zbawił nas przez krzyżową mękę, z której wytrysnęło zbawcze źródło i została nam dana łaska zanurzenia w ożywiającym zdroju chrztu. Ale czy nasze życie jest rzeczywiście nieustannym czerpaniem ducha i mocy z tego źródła? Czy wciąż czuwamy, by nie tylko nie stracić łaski uświęcającej, ale by ona nieustannie wzrastała i uzdolniła nas do stania się dziedzicami? Bo przecież Syn Boży, który jest dziedzicem swego Ojca, także nas do tego dziedzictwa zaprasza.

Ewangelista Łukasz relacjonuje, że gdy pasterze odnaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę leżące w żłobie, opowiedzieli wszystko, co zostało im objawione, a potem odeszli i wielbili Boga, i dzielili się tym z innymi ludźmi. Kiedy postępujemy śladem pasterzy zmierzających do Betlejem i przypatrujemy się, czego byli świadkami, pojmujemy wówczas, że tajemnica Bożego Narodzenia jest organicznie zanurzona w naszym życiu: Słowo stało się ciałem, Bóg przyszedł na ziemię. I należy Go szukać w codzienności, w pełnieniu zwykłych obowiązków, w pokonywaniu wszelkich trudów i przeciwności. Tak czynili pasterze; tak toczyło się życie Maryi i Józefa, w które nagle została wprowadzona ta niezwykła tajemnica. Ile musiało być zmagania w sercu Maryi i Józefa, ile rozmowy z Bogiem, żeby przyjąć i wypełnić Jego wezwanie, które nie dość że zdawało się rujnować ich życie rodzinne, to jeszcze pojawiło się z chwilą ogłoszenia spisu ludności, zmuszając ich do podjęcia dodatkowego trudu stukilometrowej wędrówki, gdy Maryja zbliżała się do rozwiązania.

Ileż my w takiej sytuacji znaleźlibyśmy powodów do narzekania! Tymczasem nic takiego nie dociera do nas z postawy Matki Jezusa i Jego opiekuna. Jest w nich natomiast ogromna koncentracja na Bogu i Jego uwielbienie. I to właśnie emanuje z betlejemskiego żłóbka, do którego przychodzimy. Tam nie ma nierealnych postaci. Wszystkie są autentyczne: zanurzone w życiu, ciężko pracujące, żyjące swoją codziennością, pełniące obowiązki, uwikłane w całą złożoną rzeczywistość. I to właśnie one – nie zaniedbując niczego, czyniąc wszystko rzetelnie – znajdują czas, by dać odpowiedź Bogu. I dzięki temu dzieją się wielkie rzeczy.

My także jesteśmy wezwani do kroczenia śladami Maryi, Józefa, pasterzy i mędrców. Jesteśmy przynagleni i oczekiwani jako kolejni, którzy przyjdą, uklękną, zachwycą się i odejdą pełni uwielbienia. I wrócą! – tak jak zwykliśmy wracać prowadzeni tym błogosławionym rytmem niedzielnym. Wrócimy zatem w następną niedzielę i w kolejne święto. Wrócimy, wypełniwszy obowiązki, niczego nie zaniedbując. Wrócimy, aby wielbić Boga. I będziemy strzec łaski stokroć więcej niż źrenicy oka. I pójdziemy z pośpiechem, nie spóźniając się – chodzi przecież o tę najgłębszą, świętą tajemnicę narodzenia Pana, która łączy nas z Bogiem, która spaja niebo z ziemią, dzięki której nasze zwykłe, codzienne życie ma naprawdę sens i niepodważalną wartość.

Przychodźmy i klękajmy przed Dziecięciem. I pozwólmy, aby Jego pojawienie się objęło życie każdego z nas nie na niby, nie trochę, ale w rzeczywistości i w całej pełni.