Banner

Miłosierdzie Boże rozpraszające lęki człowieka, ks. Janusz Mastalski


Pan Jezus powiedział do modlącej się siostry Faustyny następujące słowa: „Nie lękaj się cierpień” (Dz. 151), „Ja jestem z tobą. Im bardziej ukochasz cierpienie, tym miłość twoja ku Mnie będzie czystsza” (Dz. 279). Jakże aktualne staje się to przesłanie w dobie postępu cywilizacyjnego z jednej strony, a narastającego lęku współczesnego człowieka z drugiej. Obecnie widać, jak często zadufany w sobie człowiek jednocześnie coraz bardziej boi się otaczającej go rzeczywistości. Strach wpisany jest w ludzką egzystencję. Pierwsze studium lęku możemy odnaleźć w Piśmie Świętym, i to już na początkowych jego stronach. Adam po okazanym nieposłuszeństwie lękał się spotkania ze Stwórcą; ukrywał się, bojąc się konfrontacji. Studiując uważnie historię biblijną, można bez trudu odnaleźć postacie, które ze strachu zdradzają (np. św. Piotr), są niekonsekwentne (np. Mojżesz) czy wręcz uciekają przed wolą Bożą (np. Jonasz).

We współczesnym świecie lęk staje się nieodłącznym towarzyszem każdego człowieka. Czego boimy się najczęściej? W dzisiejszej Ewangelii usłyszeliśmy: „tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami” (J 20). Strach przed rodakami był silny, bowiem w nowej sytuacji (pustego grobu) apostołowie czuli się niepewnie. Często spotykanym lękiem jest strach przed drugim człowiekiem, jego opinią. Taka obawa potrafi sparaliżować ludzkie działania. Jakże nie przytoczyć tu smutnego świadectwa pewnej matki, która opisuje swoje relacje rodzinne w następujący sposób:

Przez wiele lat starałam się zapewnić swojemu synowi jak najlepsze warunki życiowe. Myślę, że w dzieciństwie niczego mu nie brakowało. Teraz ma 26 lat i wręcz mnie terroryzuje. Boję się często odezwać i mieć swoje zdanie, bo nie wiem, jaka będzie reakcja. Ogrania mnie strach, kiedy wraca do domu, bo ciągle jest niezadowolony z domu, życia, ze mnie! Czuję, że coraz bardziej oddalam się od mojego ukochanego syna. Miłość i strach to dwa uczucia, które mi towarzyszą od kilku lat. Trudno z tym żyć.

Tak jak apostołowie z dzisiejszej Ewangelii zamknęli drzwi z obawy przed rodakami, tak cytowana matka coraz bardziej zamyka drzwi swego serca przed synem. Jakże często wspomniana scena powtarza się w naszym życiu. Lęk przed bliźnimi zamyka nas na nich, na ich słowa.

Czyż w Niedzielę Miłosierdzia Bożego nie powinno się przytoczyć słów Jezusa skierowanych do św. Faustyny, które rozpraszają takie obawy? Mistrz z Nazaretu skierował do zalęknionej Apostołki Miłosierdzia słowa otuchy: „Nie za pomyślny wynik nagradzam, ale za cierpliwość i trud dla Mnie podjęty” (Dz. 86).

Drugim rodzajem lęku, który dotyka współczesnego człowieka jest strach przed decyzjami. W dzisiejszej Ewangelii św. Tomasz bał się na nowo uwierzyć, bowiem taka postawa weryfikowałaby jego decyzje oraz całe życie. Powiedział więc z rozbrajającą szczerością: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę” (J 20). Postawa św. Tomasza ma wielu współczesnych naśladowców. Obawa przed decyzjami, które „kosztują” (i to nie tylko w zakresie wiary) staje się codziennością. Częstym tego typu lękiem jest obawa przed przebaczeniem i pojednaniem. Nieraz wygodnie tkwić w zacietrzewieniu i zagniewaniu. Marek Aureliusz przed wiekami pisał: „O ileż boleśniejsze są skutki naszej złości od czynów, które je wywołały”. Trzeba więc  raczej lękać się własnych reakcji, swojej „niereformowalności”, a nie skutków pokonywania własnych słabości. Dlatego też w Niedzielę Miłosierdzia Bożego potrzeba nam wszystkim przełamywania lęku przed postawami wymagającymi od nas wysiłku oraz kruszącymi „pokłady” zła i bylejakości. Siostra Faustyna była świadoma takich lęków i dlatego modliła się do Jezusa słowami:

Gorąco proszę Cię, Panie, abyś raczył wzmacniać wiarę moją, bym w życiu codziennym i szarym nie kierowała się usposobieniem ludzkim, ale duchem. O, jak wszystko ciągnie człowieka do ziemi, ale wiara żywa utrzymuje duszę w wyższych sferach, a miłości własnej przeznacza miejsce dla niej właściwe – to jest ostatnie (Dz. 210).

Jezus na takie prośby odpowiadał bardzo konkretnie: „O, jak miła Mi jest żywa wiara” (Dz. 1420). „Pragnę, ażeby było w was więcej wiary w chwilach obecnych” (Dz. 352). Święty Tomasz zrozumiał sens oddania się Jezusowi z opóźnieniem: zobaczył i uwierzył, a pod wpływem spotkania twarzą w twarz ze zmartwychwstałym  Chrystusem pokonał obawę przed skutkami konsekwentnej wiary i powiedział: „Pan mój i Bóg mój” (J 20).

Dzisiaj do każdego z nas przychodzi Jezus i mówi: „Pokój wam” (J 20). Oznacza to wezwanie do pokonywania w sobie wszelkich lęków związanych z niepewnością, z nieprzewidywalnością drugiego człowieka. Owo pozdrowienie brzmi w dzisiejszą niedzielę w szczególny sposób. Wewnętrzny pokój możliwy jest tylko wtedy, gdy nie ma w sercu żadnych obaw, lęków, strachu. Taki stan możliwy jest tylko w sytuacji, w której człowiek zaufa miłosierdziu Bożemu i wyzna: „Jesteś Panem moim, Bogiem moim; chcę z Tobą układać swoje życie”. Tylko w ten sposób można nauczyć się walki ze współczesnymi lękami. Jedyny „strach”, który można w sobie pielęgnować, to obawa, aby nie minąć się z Bożym słowem i Bożą wolą!

Módlmy się więc często słowami: „Jezu, ufam Tobie – nie pozwól mi Ciebie zawieść. Tylko tego się obawiam!”.