Po pierwsze: nie nudzić

ks. Eugeniusz Burzyk, 22.02.2008

 

Marian Eile, długoletni redaktor naczelny „Przekroju”, przyjmując tekst do druku, od razu, w ciemno, skreślał pierwszy akapit. Zakładał, że jest to na pewno niepotrzebny wstęp, niczego niewnoszący do właściwej treści [1]. To, dla niektórych kontrowersyjne, założenie odnosi się nie tylko do artykułów czy przemówień, ale także kaznodziejstwa (określeń: kazanie i kaznodzieja używam w niniejszym artykule również w znaczeniu terminów homilia i homileta, których tajemniczość i doniosłość mogłaby onieśmielić czy zniechęcić nawet wyrobionych religijnie czytelników).


Przymioty braci i sióstr
Ludzie, którzy przyszli do kościoła, mają prawo przypuszczać, że dla kaznodziei są drodzy, najmilsi, kochani czy umiłowani; że są jego braćmi w Chrystusie. Akt serdecznego powitania wiernych na początku kazania może być równocześnie pożegnaniem z ich uwagą i skupieniem. Kaznodzieja ma zaledwie kilkanaście sekund na zainteresowanie słuchaczy tym, o czym chce opowiedzieć. Nie warto więc tracić czasu na oczywiste stwierdzenia czy przymiotniki, które niczego nie wnoszą. Również wszelkie wstępy: „liturgia dzisiejszej niedzieli”, „Ewangelia, którą przed chwilą usłyszeliśmy”, „skierowane do nas Słowo Boże” mają skuteczne działanie usypiające. Podobnie jest z witaniem na początku kazania tzw. VIP-ów.


Im krócej – tym pobożniej
W Hollywood wyliczono, że przeciętny widz jest w stanie skupić uwagę na filmowej fabule najwyżej przez piętnaście minut. Jeśli przez ten czas coś nie zostanie wyjaśnione, to już nie warto tego robić, bo widz i tak zapomniał. Może nawet nie pamiętać, że któryś z drugoplanowych bohaterów został zastrzelony; jeśli pojawi się znowu, nikt nie zauważy pomyłki [2]… Kazanie to nie film, a poruszane w nim sprawy wymagają nieporównywalnie większego wysiłku; nie tylko odpowiedniej dyspozycji intelektualnej, ale przede wszystkim duchowej. Tymczasem zdolność skupienia słuchaczy wcale nie jest wyższa niż zwykle. W skomplikowanym często wywodzie, choć zapewne jasnym dla samego kaznodziei, łatwo można się zagubić i wyłączyć uwagę.

Dziesięć minut to górna granica kazania, choć sam rzadko przekraczam pięć minut.
Patrząc z wysokości ambony na pokornie stojących wiernych, kaznodzieja często ulega złudnemu przeświadczeniu, że go słuchają, chłoną każde jego słowo i obawiają się, że kazanie skończy się zbyt szybko. Utwierdzają go w tym poczuciu komplementy oddanej służby kościelnej czy znajomych. Ojciec Joachim Badeni wspomina pewnego starszego mężczyznę z aparatem słuchowym, który podczas jego kazań zawsze siadał w pierwszej ławce. Na brzuchu trzymał pilota sterującego tym aparatem. Kiedy Badeni mówił zbyt długo, staruszek wyłączał aparat [3]…

Trzeba wziąć pod uwagę także sytuację wiernych, którzy w większości są zmuszeni słuchać w pozycji stojącej. Nawet dla młodego i zdrowego człowieka jest ona niewygodna i nie sprzyja skupieniu, o czym my, kapłani, często zapominamy. Może dlatego, że sami nabożeństwo przeżywamy w bardziej komfortowych warunkach i nawet klęcząc, mamy do dyspozycji odpowiedni klęcznik.

Do diakona mającego wygłosić swoje pierwsze kazanie stary ksiądz powiedział: Pamiętaj – homilia nie będzie całkiem zła, jeśli słuchacze stwierdzą, że była krótsza niż się spodziewali [4]…


Zwięźle znaczy więcej
Wojciech Jędrzejewski OP zapytał kiedyś maturzystów pod koniec katechezy: „Jak odbieracie to, co powiedziałem?” Jeden z nich odparł: „Nie mogę wyjść ze zdumienia, jak można mówić pół godziny o tym, o czym można powiedzieć w pięć minut” [5]. Zapewne w tym stwierdzeniu było wiele przesady, jednak sam słuchałem kiedyś kaznodziei, który tłumaczył: „Świat potrzebuje miłosierdzia, miłosierdzia potrzebuje świat, tak bardzo potrzebne jest na świecie miłosierdzie, bez miłosierdzia świat istnieć nie może”… Zwięźle – znaczy powiedzieć to samo – w istocie o wiele więcej – bez niepotrzebnych słów i powtarzania myśli. Polikarp, dowiedziawszy się, że Anzelm pisze trzytomową powieść, udzielił mu rady: Pisz tak, abyś powieść zamierzoną na trzy tomy zmieścił w trzech krótkich zdaniach [6]…


Lód i siekiera
Kazanie nie jest katechezą, wykładem czy referatem. To nie czas, kiedy tłumaczymy i uzasadniamy prawdy wiary lub dokonujemy egzegezy Pisma Świętego. Do tego służą inne formy działalności duszpasterskiej Kościoła. Kazanie ma poruszyć ludzi, którzy zmęczeni i zobojętniali raz w tygodniu przyszli do kościoła. Zanudzanie obojętnego człowieka wzniosłymi słowami jest bezsensowne i szkodliwe. Trzeba pamiętać, że w dużej części mamy w kościele do czynienia z ludźmi, o których Czesław Miłosz pisał w poemacie Ksiądz Seweryn: „Tak naprawdę to trochę wierzą, a trochę nie wierzą. Chodzą do kościoła, żeby kto nie pomyślał, że są bezbożni. Podczas kazania myślą o piersiach Julki, o słoniu, o cenie masła i o Nowej Gwinei” [7]. Treść i forma kazania powinna ich zaskoczyć, pobudzić do myślenia, zainteresować życiem religijnym, wyrwać z codzienności. Parafrazując zdanie Franza Kafki na temat dzieła literackiego, można powiedzieć, że kazanie winno być jak siekiera, którą rozrąbuje się zamarznięty staw, tymczasem kaznodzieja często gdacze jak kura nad zniesionym jajem [8].

Kazanie powinno mieć aspekt ewangelizacyjny, a materiał, z którego korzysta kaznodzieja, to nie tylko Pismo Święte czy katechizm, ale również współczesna literatura, poezja, sztuka, film, teatr, muzyka czy wydarzenia życia społecznego. Może nawet nie przesadził jeden z jezuitów, który wstąpił do Krajowego Klubu Iluzjonistów, aby wykorzystywać iluzję w pracy duszpasterskiej z dziećmi [9]…


Czytać, oglądać, słuchać…
Ryszard Kapuściński – wielki zwolennik cytatów – twierdzi, że w każdej książce jest co najmniej jedna fascynująca myśl. Przeciętny czytelnik do niej nie dotrze, bo tych książek nie przeczyta. A chodzi o wynajdywanie tych pereł. Normalnie są one zagubione gdzieś w masie trzystu stron druku, a wydobyte – odżywają, nabierają blasku [10].

Celem studiów, również teologicznych, nie jest nauczenie studentów na pamięć encyklopedii czy słownika z konkretnej dziedziny nauki, ale nauczenie ich szybkiego i efektywnego korzystania z powszechnie dostępnej wiedzy. Kaznodzieja nie powinien odgrywać roli twórcy, artysty czy filozofa. Ma czytać, oglądać, słuchać i… ściągać. Oczywiście nie zwalnia go to z dogłębnego przemyślenia wyczytanych myśli i takiego ich powiązania, by prowadziły do Ewangelii.

Jak wszystkich ludzi, zwłaszcza pracujących intelektualnie, kaznodzieję obowiązuje nieustanne doskonalenie umiejętności. To nie jest łatwe w przypadku kapłana, pracującego często na co najmniej dwóch pełnych etatach, którego czas pochłania szkoła (bywa że ponad dwadzieścia godzin tygodniowo), codzienna praca duszpasterska w parafii (Msza, spowiedź, nabożeństwa, kancelaria, grupy formacyjne, śluby, pogrzeby itd.), a przede wszystkim zajęte prawie w całości soboty, niedziele i święta.

Dlatego tak ważna jest metodologia pracy, której podstawą jest umiejętność wyboru. Czasem trzeba silnej woli, by zrezygnować z czytania ciekawego artykułu czy książki, których użyteczność w homiletyce, katechetyce czy duszpasterstwie może być wątpliwa.

Kiedyś w szkole pożyczyłem polonistce ładnie wydaną i pięknie oprawioną książkę. Nie mogła ukryć zgorszenia, że w wielu miejscach książka jest pozakreślana różnymi kolorami, na marginesach są adnotacje, a z tyłu własnoręcznie nabazgrany indeks haseł z numerami stron… Obecnie od kilku lat korzystam z komputerowej bazy danych. Mam w niej już prawie trzy tysiące przykładów i cytatów, które wynotowałem z lektur i artykułów. Uciążliwa początkowo systematyczność bardzo szybko przynosi efekty, gdyż przygotowując kazanie w ciągu kilku sekund można znaleźć nawet kilkanaście przydatnych oryginalnych uwag na dany temat.
Czasem ludzie szczycą się tym, że nie mają w domu telewizora. Trudno wyobrazić sobie pracę kaznodziei czy katechety bez bieżącej znajomości filmów czy popularnych programów. Warto zwrócić uwagę nawet na seriale, bo przecież nie można lekceważyć czegoś, co przez cały tydzień ogląda większość uczestników niedzielnej mszy, potencjalnych słuchaczy kazania. Trzeba znaleźć czas na kino, teatr, koncert czy wystawę. Nie powinny to być wyjścia przypadkowe, lecz z góry zaplanowane, na podstawie wcześniej przeczytanych recenzji.


Jak Jezus mówiłby dzisiaj?
Bełkot to używanie języka, którego nie rozumie drugi człowiek, choć ma prawo go rozumieć. Spotykamy się z nim prawie wszędzie, również na ambonie, gdzie nie brak tak zwanego żargonu teologicznego, zaśmiecania kazania słowami obcymi, szczególnie pochodzenia greckiego czy łacińskiego, których czasem nie rozumie sam kaznodzieja. Podobno Hanna Malewska odrzuciła pierwszy artykuł, który przyniósł ks. Józef Tischner do „Znaku” – bo był napisany językiem filozoficznym, nieczytelny dla odbiorcy. Malewska powiedziała: „Księdza stać na to, by pisać bardziej zrozumiale niż Heidegger. Niech ksiądz to przerobi” [11]. Jeżeli kaznodzieja chce, by rozumieli go słuchacze, musi mówić językiem takim jak oni, operować nie tyle pojęciami, co opisywać konkretne wydarzenia z życia Jezusa i samych słuchaczy. Powinien zastanowić się, w jaki sposób Jezus nauczałby dzisiaj?

Tadeusz Konwicki wspomina jak we wrocławskim Klubie Dziennikarzy Wojciech Siemion zaczął recytować Gałczyńskiego. Sala z wolna pustoszała, zostało tylko kilkanaście osób przy zsuniętych stolikach. Siemion zszedł z podium i recytował tylko dla nich. Koło północy jeden z biesiadników odwrócił się nieśmiało do artysty i rzekł z przepraszającym uśmiechem: – My Russkije, my nie panimajem [12]…


Klucz dla słuchaczy
Znajomość konstrukcji kazania może ułatwić wiernym jego zrozumienie oraz interpretację. Taki klucz do odczytania kazania powinno się czasem przedstawić słuchaczom...

Tradycyjne kazanie składa się z trzech części. Pierwsza jest niejako pytaniem, postawieniem problemu. Najczęściej jest to opis jakiejś problemowej sytuacji życiowej, przedstawionej przy pomocy ciekawego przykładu (należy unikać przykładów dotyczących spowiedzi, które wierni prawie zawsze odnoszą do siebie i traktują jako naruszenie tajemnicy spowiedzi, a także polityki, która zawsze ludzi dzieli). Druga część jest odpowiedzią na postawiony wcześniej problem. Odpowiada Jezus – poprzez naukę zawartą w wyznaczonej na dany dzień Ewangelii. Trzecia część to konkretne zastosowanie tej Ewangelii w życiu, również przedstawione za pomocą obrazowego przykładu. Dobrze, jeżeli ta część, a tym samym kazanie, kończy się niedopowiedzeniem, zostawiając słuchaczom miejsce i czas na osobistą refleksję. Dlatego tak ważna jest chwila ciszy bezpośrednio po kazaniu. Niestety, w wielu parafiach po kazaniu czytane są ogłoszenia. Proboszczowie tłumaczą, że jeśli ogłoszenia są przed końcowym błogosławieństwem, to wierni wychodzą z kościoła. Nie wiadomo, skąd bierze się przekonanie, że można przymusić człowieka do słuchania…

Jak mawiał pewien profesor homiletyki, dobre kazanie składa się z dwóch części. Pierwsza to interesujący wstęp, druga to zaskakujące zakończenie. Te dwie części powinny być bardzo blisko siebie…


U wiewiórki w pędzelkach na końcach uszu
Zgodnie z Katechizmem Kościoła Katolickiego kazanie ma zachęcić do przyjęcia słowa Bożego i stosowania go w praktyce [13]. Kaznodzieja powinien zmierzać do tego, by w minimalnej ilości słów i obrazów, rezygnując z niepotrzebnych przymiotników, w sposób prosty, jasny oraz interesujący skutecznie zaproponować słuchaczom przyjęcie nauki Jezusa i Ewangelii.
Tadeusz Żychiewicz podał kiedyś zasady dotyczące pisania, które wpoił mu nauczyciel polskiego. Z powodzeniem można je zastosować w kaznodziejstwie:
1. Jeśli nie masz o czym mówić, to lepiej nie mów.
2. Jeśli już koniecznie musisz to powiedzieć, najpierw pomyśl, ponieważ każda wypowiedź musi mieć głowę, ręce i nogi.
3. Nieuzasadnione ozdobniki mają rację bytu tylko w przyrodzie, na przykład u wiewiórki w pędzelkach na końcach uszu [14]…tiny_mce_marker

 

1. L. Kydryński, Przejazdem przez życie... Kroniki rodzinne, Kraków 2005, s. 7.
2. R. Ziemkiewicz, Wizja w świecie makijażystów, "Newsweek Polska" 2004, nr 43, s. 120.
3. A. Sporniak, J. Strzałka, Autobiografia, Kraków 2004, s. 181.
4. R. Kern, Humor Ojców Pustyni, Lublin 1992, s. 80.
5. W. Jędrzejewski OP, Błazny awanturnicy i dranie, "W drodze" 2004, nr 10, s. 43.
6. R. Brandstaetter, Przypadki mojego życia, , Poznań 1992, s. 108.
7. C. Miłosz, Ksiądz Seweryn, w: tegoż, Druga przestrzeń, Kraków 2002, s. 58.
8. J. Filek, Przesłanie pana Kanta, "Tygodnik Powszechny" 2004, nr 8 (2850), s. 19
9. J. Danilewicz, Życie z iluzji, "Newsweek Polska" 2005, nr 44, s. 91.
10. R. Kapuściński, Autoportret reportera, Kraków 2004, s. 93.
11. J.Życiński, Życie według wartości, "Tygodnik Powszechny" 2005, nr 22 (2916), s. 8.
12. Tadeusz Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Warszawa 1989, s. 23.
13. Katechizm Kościoła Katolickiego, 1349, 164.
14. K. Wiśniewska, Przypadki Malachiasza, "Tygodnik Powszechny" 2004, nr 46 (2888), s. 18.