O adopcji – inaczej

Małgorzata Klecka, 24.02.2009

Ciekawa jestem, jakie myśli budzą się w Państwa umysłach na dźwięk słowa „adopcja". Szczęście, miłość, spełnienie, rodzina. A może: szaleństwo, ryzyko, odwaga, altruizm. Jedno jest pewne: wciąż mamy dużo obaw, by mówić o adopcji bez ogródek. Bo przecież to uczynek sam w sobie szlachetny. Czy tak jest naprawdę?

Kilka tygodni temu trafiła do mnie 10-letnia dziewczynka przyprowadzona przez pracowników placówki. Była już wcześniej w rodzinie adopcyjnej i w trzech rodzinach zastępczych. Nieposłuszna, agresywna, nadpobudliwa, histeryczna. Kłamie, kradnie, wrzeszczy. To charakterystyka 10-letniego dziecka. Nie urodziła się taka. To się stało „po drodze". Kiedy zostałam z nią sama, zadałam jej pytanie:
– Na co się tak strasznie złościsz?
– Bo nie mogę być z mamą – padła odpowiedź.
– A co smuci cię najbardziej?
– Że nie mogę być z mamą.
– Z którą mamą?
– Moją własną.
Te poruszające odpowiedzi uświadomiły mi, że mam przed sobą dziecko, dla którego więzi biologiczne są najważniejsze i żadna druga mama, choćby była najmilsza i najmądrzejsza, nie jest w stanie zastąpić tej, którą często inni gardzą: nieporadnej, topiącej smutki w alkoholu, zaniedbanej i niewykształconej. Tej dziewczynce nie są potrzebne leki psychotropowe, ośrodki, terapie, diagnozy. Ona potrzebuje rozumnej opieki osób, które wiedzą, czym jest odrzucenie i rozumieją jej miłość do matki. Tej matki, która tak bardzo zawiodła.

Można powiedzieć: „Ale przecież dzieci adoptowane w wieku niemowlęcym nie pamiętają swoich matek, nie przeszły w swoim rozwoju strasznych rzeczy. Nie ma dla nich nic lepszego niż trafić wprost w ramiona rodziców adopcyjnych spragnionych dziecka. Będą traktować je jak swoje, a ono będzie kochać i szanować swoich rodziców. Jak własnych".

Nawet niemowlę ma już swoją własną historię. Ma swoją matkę, do której będzie tęsknić całe swoje życie, nawet, jeśli inna kobieta sądzi, że podaruje mu lepszy los. Rodzice adopcyjni muszą mieć świadomość, że przyjmują dziecko, które nie należy do nich. Dzieli ich wszystko: pochodzenie, historia, tradycje. Błędem jest to zignorować, a szacunek do naturalnych korzeni dziecka może okazać się wielkim sprzymierzeńcem budowania więzi z dzieckiem. Adopcja może być wielkim dobrem dla dziecka, które nie ma nikogo. Rodzice umarli, a najbliższa rodzina odrzuciła. Wówczas przyjęcie i rozwijanie więzi z dzieckiem jest czymś zupełnie naturalnym. Najgorszą z możliwych motywacji jest własna, nienasycona potrzeba posiadania dziecka. Taka potrzeba ignoruje zupełnie biologiczne korzenie, nie chce pamiętać o „matce, która urodziła" i uznaje wyższość „matki, która wychowała". Nie rozumie, że dziecko ma nie tylko matkę. Ma także dziadków, rodzeństwo i krewnych, którzy choć pozornie godzą się z utratą, to na co dzień żyją w poczuciu rozdarcia i tęsknoty. Życie rodziny adopcyjnej staje się nieustannym graniem.

Nigdy nie zapomnę poruszającego wyznania matki adopcyjnej, która podsumowała swoje życie z dorosłą już córką. W ich przypadku można było mówić o sukcesie: dziewczynka wyrosła na odpowiedzialną i wrażliwą kobietę, ukończyła studia i założyła własną rodzinę. A jednak w przystępie szczerości aż do bólu, jej adopcyjna matka wyznała: „Całe życie udawałam, że jestem jej matką, a ona udawała, iż jest moją córką". Czy można było postępować inaczej? Tak. Żyjąc w prawdzie.