Lekarstwo gorsze od choroby

ks. Andrzej Cieślik, 24.02.2009


Jadąc kiedyś samochodem, zatrzymałem się na czerwonym świetle. Na sąsiednim pasie stanęła obok mnie furgonetka. Na boku samochodu sporych rozmiarów napis: „Mężczyznom już dziękujemy". I symbol oznaczający w biologii rodzaj żeński. Od razu przypomniał mi się polski kultowy film, sami wiecie jaki, w którym grono zacietrzewionych dam wykrzykuje : „Samiec twój wróg!". Ale to nie była reklama filmu, tylko tak zwanej partii, której nazwy nie wymienię, by nie być posądzonym o chęć reklamy. Jej duchowa przywódczyni, Manuela G., odkryła ostatnio w jednym z programów publicystycznych (Chodzi o Piaskiem w oczy w TVN 24), dlaczego Kościół jest przeciwny zapłodnieniu metodą in vitro. Otóż – jak sądzi wybitna przywódczyni - nie chodzi o jakieś dobro dziecka czy los „nadliczbowych embrionów", nie o jakieś subtelności etyczne w stylu prawa człowieka do bycia poczętym w wyniku aktu małżeńskiego będącego wyrazem miłości – lecz o... okoliczności Wcielenia Jezusa. Otóż wg pani Manueli Wcielenie Syna Bożego to nic innego jak – mówiąc poetycko – in vitro w Duchu Świętym.

Oczywiście po takim stwierdzeniu nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Wydawać by się mogło, że nikt poważny nie podejmie z nim polemiki. Może to i prawda, ale mimo tego polemika się znalazła. Przyszła z najmniej oczekiwanej strony, a lekarstwo okazało się gorsze od choroby: „Twierdzenie Manueli G., że «Jezus powstał in vitro w Duchu Świętym» jest wewnętrznie sprzeczne (albo w szkle, albo w Duchu Świętym), a zarazem stanowi wyraz błędnego wnioskowania. Przykładowo z faktu, że operacja jest formą leczenia, nie wynika, że każde leczenie to operacja. Dodatkowo tego rodzaju wypowiedzi wzmagają niechęć przeciwników zapłodnienia pozaustrojowego, a także tej części katolików, która ma do in vitro stosunek neutralny. Dla zaistnienia w mediach nie warto szkodzić sprawie". Cytat ten pochodzi z wypowiedzi internetowej sztandarowej publicystki tak zwanej lewicy, w dodatku mającej tytuł profesora, niejakiej Joanny S. Przy okazji krytyki Manueli G. (przypomina mi się przypowieść Jezusa o królestwie wewnętrznie podzielonym) postanowiła ona przyłożyć biskupom polskim i całemu Kościołowi, a także tej części społeczeństwa, która – jej zdaniem – nie jest jeszcze dostatecznie oświecona, przynajmniej w sprawie in vitro. Taka wypowiedź podpisana przez kogoś, kto nosi tytuł profesora zdaje się mieć walor szczególnej powagi i wiarygodności. Jednakże jakość argumentacji i oczywiste błędy w niej zawarte skłaniają raczej do pytania, czy ów profesorski tytuł został nadany pani Joannie S. ze względu na jej walory intelektualne, czy też z jakichś zupełnie innych, bliżej nieznanych powodów. By zrobić sobie powtórkę z analizy tekstu i podstawowych zasad logiki, przyjrzyjmy się niektórym stwierdzeniom autorki i spróbujmy ocenić ich rzeczywistą wartość:

„By uspokoić swoje sumienia, jeżeli w ogóle je mają, ortodoksyjni przeciwnicy zapłodnienia pozaustrojowego nie uznają niepłodności za chorobę, a in vitro – za metodę jej leczenia. Za nic mają ustalenia WHO. Lekceważą cierpienia ludzi niepłodnych, których jest w Polsce około 2 mln". Jakie dostrzegacie błędy i chwyty nie fair? Oczywiście po pierwsze w żadnej wypowiedzi Kościoła nie kwestionuje się faktu, że niepłodność jest chorobą. Pozostaje tajemnicą autorki, skąd zaczerpnęła taką wiedzę. Po drugie z tej wypowiedzi wynika, że zapłodnienie in vitro jest metodą leczenia niepłodności. Leczenie, to – jak rozumiem – takie działanie, w którym choroba zostaje usunięta. Otóż niepłodna para, która poczęła dziecko metodą in vitro, w oczywisty sposób po tym zabiegu nadal przecież pozostaje niepłodna. Nie może w sposób naturalny począć kolejnego dziecka, ponieważ przyczyna niepłodności nie została usunięta! In vitro jest więc w takim samym stopniu leczeniem niepłodności, jak założenie peruki leczeniem łysienia. Naprotechnologia tak, ale nie in vitro! Po trzecie życie pokazało, że opinie WHO nie zawsze bywają powodowane względami merytorycznymi. W każdym podręczniku psychiatrii wydanym do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku od Moskwy przez Pekin do Waszyngtonu można było przeczytać, że homoseksualizm jest zaburzeniem, które może i powinno podlegać leczeniu. W ostatnich dziesięcioleciach już tak pisać nie wolno, bo WHO skreśliło homoseksualizm z listy chorób. Dlaczego? Czy w ostatnich latach dokonano jakichś szczególnych odkryć dotyczących natury homoseksualizmu? Nic podobnego. Jedynym powodem zmiany była presja homoseksualnego lobby. I wreszcie ostatni argument prof. Joanny S.: Przeciwnicy in vitro lekceważą cierpienia osób niepłodnych. A skąd wie, że lekceważą? Kilka miesięcy temu miałem okazję uczestniczyć w zakładaniu osiemnastego katolickiego ośrodka adopcyjnego w Polsce. Spotykam się w nim także z parami, które mają na koncie zakończone niepowodzeniem kolejne zabiegi in vitro. I wszyscy zgodnie mówią: teraz dopiero, po serii upokorzeń i wydaniu fortuny, odnaleźliśmy swoje prawdziwe szczęście.

No to przyjrzyjmy się następnemu twierdzeniu pani profesor: „Twierdzenie, że ciąża ma być wynikiem miłości małżeńskiej też jest absurdalne. W wielu sakramentalnych związkach nie ma miłości. Jest przemoc domowa, alkoholizm, gwałty, a Kościół wcale ich nie potępia. Przeciwnie każe kobietom trwać w tragicznych, nieudanych związkach, bo «co Bóg złączył»"... Trzy linijki i trzy kłamstwa, wcale nieźle jak na kogoś z tytułem profesora...

Po pierwsze Kościół mówi, że ciąża ma być wynikiem aktu małżeńskiego, który z kolei jest wyrazem miłości i wzajemnego oddania. Aktu, a nie samej tylko miłości! Produkowanie człowieka metodami laboratoryjnymi, niczym kultury bakterii, jest poniżej jego godności! Po drugie Kościół wielokrotnie potępiał zarówno przemoc, jak i nadużywanie alkoholu (nie zaś alkoholizm, który jest chorobą, nawet wg kryteriów WHO, więc, pani profesor, prosimy o więcej tolerancji!), nie mówiąc już o gwałtach, za które już w Starym Testamencie stosowano niezwykle surowe kary. Po trzecie w sytuacji, kiedy zagrożona jest godność kobiety lub bezpieczeństwo jej czy dzieci, Kościół dopuszcza, a czasem nawet zaleca separację (sam często w praktyce poradnianej namawiam np. żony długoletnich alkoholików czy przemocowców o wystąpienie z takim wnioskiem). Separacja jest często uwolnieniem kobiety od koszmaru, a równocześnie nie niszczy znaku małżeńskiej wierności. Zresztą dzięki separacji i „wystawieniu walizek za drzwi" niejeden alkoholik podjął próbę terapii i ratowania swojego życia.

No to może jeszcze jedna perełka: „Naprawdę w sprzeciwie wobec in vitro chodzi o sposób pozyskiwania nasienia. Kościół uważa masturbację za grzech. I tu leży prawdziwa przyczyna uznania zapłodnienia pozaustrojowego za niegodziwe". W logice ten rodzaj błędu nazywa się pars pro toto, czyli wzięcie części za całość. Bo owszem, prawdą jest, że Kościół, zresztą nie tylko on, uważa masturbację za akt niegodziwy, jednakże z pewnością nie jest to główną przyczyną negatywnej oceny pozaustrojowego zapłodnienia. Pominięcie takich faktów jak naruszenie prawa człowieka do bycia poczętym w efekcie aktu małżeńskiego z jednej strony, a zabijanie tak zwanych „nadliczbowych" embrionów z drugiej są przyczynami o wiele istotniejszymi. I trudno powiedzieć, by były to przyczyny „nie naprawdę".

W wypowiedzi pani profesor Joanny S. znalazłem jeszcze wiele podobnych perełek typu: „Polacy są mądrzejsi od biskupów", jakby co najmniej biskupi byli produktem importowanym z Chin, a nie Polakami, którzy wybrali taką drogę powołania; „Bezczelnością jest próba wpływania [przez katolików] na kształt ustawy" – a mnie się zawsze wydawało, że właśnie na tym polega demokracja, że różne grupy społeczne poprzez wyrażanie swojej opinii i udział w głosowaniach wpływają na kształt ustaw!, czy też teza, że zakaz in vitro, podobnie jak w wypadku zakazu aborcji spowoduje istnienie podziemia (akurat obawy o istnienie podziemia w formacji pani profesor mają długą, choć mało chlubną tradycję) – idąc za tym tropem należałoby zrezygnować z karania kradzieży samochodów, skoro mimo istnienia zakazu jakaś część złodziei robi to nadal potajemnie!

Jednakże absolutnym popisem ignorancji jest to, co przeczytałem w tekście pani S. i co zacytuję poniżej:

„Kościelna niechęć do in vitro wynika także z uznawania go przez wielu za formę niepokalanego poczęcia. W potocznym rozumieniu «niepokalane» oznacza, że dokonało się bez stosunku seksualnego kobiety i mężczyzny". Rozumiem, że pani profesor może mieć braki w wiedzy religijnej z zakresu szkoły podstawowej (niczym milicjant ze starej anegdotki, który z powodu niechodzenia na religię nie wiedział, co to „bojler do zakrystii" znaleziony w czasie kontroli samochodu księdza), ale żeby dawać publiczny wyraz swej ignorancji w taki sposób? Przecież nawet dziecko chodzące na katechezę w podstawówce wie, że po pierwsze niepokalane poczęcie nie dotyczy przyjścia na świat Jezusa, lecz poczęcia Jego Matki, a po drugie nie ma nic wspólnego z brakiem aktu seksualnego, lecz jest sytuacją wolności Maryi od grzechu pierworodnego, z którym normalnie przychodzimy wszyscy na świat. A może to jednak nie ignorancja? Może raczej przewrotna próba wmówienia czytelnikowi, że katolicy akt małżeński uważają za coś złego, nieczystego i niegodziwego? Jeśli tak, to w porównaniu z takim rozumowaniem stwierdzenie pani G. jest tylko niewinną słowną zabawą! A przecież wystarczyłoby poczytać choćby katechezy środowe Jana Pawła II (Mężczyzną i niewiastą stworzył ich), w których z takim zachwytem pisze on o ludzkiej płciowości. No właśnie, poczytać!  Zadać sobie odrobinę intelektualnego trudu! Pani profesor, czytanie nie hańbi! Cała Polska, podobno, czyta dzieciom po 20 minut dziennie. Może ktoś by i pani...