Uroczystość NMP Królowej Polski

ks. Rafał Buchinger, 4.05.2009

TEST WIARY

Dla wielu, jeśli nie dla większości katolików, kościelne „festyny", czyli zloty nad jeziorami, pielgrzymki, nocne pobożne wędrówki, rozdawanie chlebów z popiołem, stawianie konfesjonałów przed domami handlowymi, sympozja, panele na tematy religijne stanowią istotę wyznawanej wiary. Nie trzeba ukrywać, bo wszyscy to widzą, że te formy pobożności przyciągają. Rzadko kto pamięta jednak o tym, że stanowią one margines religijnego życia. A wiadomo, że na marginesie niewiele, a może nawet nic na trwałe się nie zbuduje. Dlaczego? Dlatego, że istota religijnego życia została umiejscowiona przez Boga gdzie indziej. A zatem gdzie?

Genialnie zrozumiała ten istotny problem Maryja, Matka Jezusa. Ona poznała, że istota życia religijnego sprowadza się do uważnego słuchania Boga. Po co? By poznać Jego świętą i nieomylną wolę, która jest fundamentem rozwoju człowieka, wspólnot ludzkich i Wszechświata i bycia w prawdziwym zjednoczeniu z Bogiem. Zjednoczeniu doskonałym, bo w miłości i przez miłość. Ona w lot zrozumiała, że poznaną wolę Boga należy wszechstronnie rozważyć. I wszystkie rozpoznane jej elementy bezzwłocznie wpisać w swoje sumienie. Wpisać tak, by stały się normą kształtującą każdą myśl, uczucie, wybór i czyn powszedniego życia. Bowiem tylko wówczas można, poruszając się nawet po marginesach religijnego życia, autentycznie być z Bogiem. I chociaż Jezus nie zabrania tworzenia na marginesach, to należy jednak wiedzieć, że niezbyt wysoko to ceni. Dlaczego? Autentyczność życia religijnego poznaje się bowiem tak naprawdę wówczas, gdy wytrwa się przy Bogu i Jego Ewangelii w dramatycznych sytuacjach. Wytrwa tak, jak wytrwała Maryja. „Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego..." (J 19, 25).  Prawdziwość swej wiary poznaje człowiek dopiero wtedy, gdy musi dla niej zaryzykować swoją osobą, swoim życiem, tym kim jest i co posiada. Udział w religijnych „festynach" nie jest pewnym i niezawodnym probierzem prawdziwości wiary. Jest tutaj zbyt wiele miejsca na pobożne złudzenia. A poza tym „festyny duchowe" mamy przyobiecane dopiero w niebie.

 Warto także zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół. A mianowicie ani Jezus umierający na krzyżu, ani Jego Matka znajdująca się pod krzyżem, dzięki wierze,  nie skupiają się  doznawanych cierpieniach. Zarówno On, jak i Ona koncentrują się w tragicznych okolicznościach na poszukiwaniu, odkrywaniu i przekazywaniu sobie nawzajem poznanej w tych chwilach woli Bożej. Syn, z wysokości krzyża, zabezpiecza na przyszłość Matkę i wyznacza Jej miejsce i rolę do spełnienia w swym Kościele. Kościół natomiast oddaje w opiekę tej pięknej, mądrej, wierzącej i kochającej Boga i ludzkość, Kobiecie. A Ona odczytuje wolę Ojca z nieba z warg ukochanego Syna i podejmuje ją niezwłocznie. Prawdziwość swojej wiary można zatem pewnie rozeznać, badając, na czym skupiamy się w doznawanych cierpieniach. Czy skupiamy się na sobie i złu, jakie nas dotyka, czy też na Bogu i Jego woli objawianej nam w cierpieniu i poprzez cierpienie.

Dlaczego zatem pod krzyżem Jezusa trwały Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena, i inne kobiety oraz nieliczni mężczyźni? Przecież wiadomo z Ewangelii, że choć stali pod krzyżem, to jednak nie wierzyli już w Jezusa i Jezusowi? Odpowiedz jest prosta. Obcowanie z człowiekiem autentycznej wiary jest niezbędne ku temu, by odzyskać utraconą wiarę. Niewątpliwie niezachwiana w wierze Maryja pomogła im swoją obecnością i postawą powrócić na drogi autentycznej wiary. Wiary, która niewątpliwie się cieszyli, gdy Jezus doznawał powodzenia, a która utracili w godzinach Jego klęski. Wniosek nasuwa się prosty. W życiu należy otaczać się ludzi prawdziwie wierzącymi, by szczęśliwie i zwycięsko przechodzić przez wszelakie zło. Oby w gronie bliskich nam osób zawsze była Maryja, Matka Jezusa. Miejmy też nadzieję, że Ta, która nadal uważamy za Królową Polski pomoże odzyskać wiarę polskiemu narodowi.