5. niedziela wielkanocna

ks. Rafał Buchinger, 10.05.2009


Wprowadzenie do Liturgii
Jezus powie do nas dzisiaj: „Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, (Ojciec mój) odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy". Pomyślmy zatem, w czasie obecnej Mszy Świętej, z czego, nas wierzących w Jezusa, przede wszystkim oczyszcza nasz Ojciec, Bóg? Dostrzeżmy sens i owoce owego bolesnego działania Boga w naszym życiu. Gra idzie o niezmarnowanie życia.

 
HOMILIA
Prawdziwa historia życia
Z czego oczyszcza nas Bóg w czasie ziemskiego życia? Dlaczego to czyni? Jaki są owoce owego zdecydowanego działania Boga? Działania, które najpierw sprawia ból, a potem oczyszczonemu przynosi niewypowiedzianą radość i poczucie prawdziwego szczęścia.

Ewangelia w zamyśle jej autora, Boga, jest podręcznikiem życia. W jej świetle można poznać, że Bóg przede wszystkim oczyszcza człowieka ze skupienia na sobie i szukania w życiu samego siebie. Mówiąc jeszcze krócej: oczyszcza z egocentryzmu i egoizmu. Zła, które jeśli nie zostanie wyrugowane, pozbawi człowieka zbawienia i życia wiecznego. Życia, które otrzymują z łaski Boga tylko ci, którzy zdołali z Nim się zjednoczyć i otworzyć ludzką na wspólnotę. Zarazkami tej duchowej choroby są zainfekowani wszyscy bez wyjątku ludzie. Do tej pory nikt nie wynalazł i nigdy nie wynajdzie skutecznej na nią szczepionki. Nikt też nie potrafi wyleczyć z niej ani siebie, ani innych. Niezbędna jest osobista interwencja boskiego Ordynatora. Owo oczyszczenie latorośli.

Choroba ta jest groźna do wykrycia. Zręcznie ukrywa się pod pozorami prawdziwego dobra. Zasłania się wzniosłymi ideami, wielkimi wartościami, dziełami zleconymi do wykonania przez Boga. Chętnie odwołuje się do troski o osobisty rozwój duchowy. Uzasadnia swe istnienie miłością do bliźnich i do Najwyższego. Wmówiła ludziom, że jest drogą i warunkiem zyskania świętości... Nie sposób wyliczyć jej kamuflaży. Jej przebieg początkowo jest utajniony. W całej swej niszczącej potędze i grozie ujawnia się wydając pierwsze dojrzałe owoce. Szczególnie ostry przebieg ma u osób samotnych i celibatariuszy. Przez całe życie nikt nie ma pewności, że nie uległ pandemii egocentryzmu i egoizmu. Zaślepienie ofiary  to jej kolejna sztuczka. Najczęściej dopiero sposób przeżywania starości, czy wcześniej poważnej i nieuleczalnej choroby, pozwala określić czy się uległo, czy też nie uległo jej zarazkom.              

Z czego w życiu najczęściej oczyszcza nas Bóg? W rozeznaniu odmian zarazków tej choroby niech nam pomoże autentyczna historia życia starego człowieka. Jej bohater pozwolił autorowi opowiedzieć ją na łamach Ekspresu homiletycznego i wykorzystać przez innych dla ratowania życia duchowego bliźnich. Dzięki Mu za to.

Od dziecka bał się utraty zdrowia. Intuicyjnie wiedział, że zdrowie jest istotnym elementem służącym odnoszeniu sukcesów. A on od zawsze marzył o sukcesie. Każda, nawet najlżejsza choroba bliskich, napawała go lękiem. Nie wyobrażał sobie życia z chorymi i wśród chorych. W osiemnastym roku życia, po kolejnej wyprawie w góry, zasłabł i znalazł się w renomowanej klinice. Diagnoza była druzgocąca: nieuleczalna choroba. Kolejne operacje nie przywróciły mu zdrowia. Pozwoliły mu żyć, ale jako inwalidzie. Kolejne trzydzieści lat dzielił pomiędzy dom i szpital. I zastanawiał się nad polityką Boga wobec siebie. Próbował poznać boski sens trapiącego go cierpienia i kalectwa. I w końcu pojął. Zrozumiał, że głupotą jest życzyć sobie i innym zdrowia, które większość uważa w życiu za najważniejsze. Pojął z czasem, że nie jest ważne, czy jest się zdrowym, czy chorym. Najważniejsze jest poznanie i wypełnianie woli Boga, Ojca z nieba. I wówczas choroba przestała być dla niego problemem i przekleństwem. Objawiła swe błogosławione oblicze - zrozumiał, że Bóg oczyszczając go z lęku przed chorobą, próbą budowania życia na dobrym zdrowiu, a skupiając na posłuszeństwie wobec Siebie, uczynił go wolnym.

Od młodości ciekaw był świata, ludzi, wydarzeń. Pociągała i fascynowała go wiedza. Miał ku jej zdobywaniu wystarczające predyspozycje. Koniecznie chciał się uczyć. Choroba pokrzyżowała jego plany. Nie miał wystarczających sił fizycznych niezbędnych w nauce. Poza tym na skutek choroby miał poważne kłopoty z pamięcią. Ale się nie poddawał. Nie zdobył wszechstronnej i gruntownej wiedzy. Nie stał się erudytą z cenzusem naukowym. Przez trzydzieści lat zastanawiał się nad polityką Boga w tej sprawie. Z czasem zrozumiał, że na loterii życia, wygrał szczęście. Zrozumiał, że nie posiadł wiedzy przekazywanej przez ludzi, ale posiadł mądrość pochodzącą wprost od Boga! Owa mądrość, co spostrzegli najpierw inni, przemieniła go w duchowego giganta.

Od dziecka bał się śmierci. Odejścia, nawet nieznanych sobie ludzi, przeżywał jako swój osobisty dramat. Zaszywał się w kącie i prosił Boga, by jego i jego bliskich śmierć omijała jak najdłużej. Modlił się o to żarliwie i z dziecięca ufnością. Był przeświadczony, że jeśli straci bliskich, to nie będzie w stanie żyć. W ciągu pięciu lat stracił najbliższych sobie ludzi: matkę, ojca... Mając dwadzieścia pięć lat został sam. Rodzinny dom, niegdyś gwarny i pełny, pogrążył się pustkę i ciszą. Nadal chętnie do niego wracał, choć nikt już na niego nie czekał. Najgorsze były pierwsze święta Bożego Narodzenia. I przez trzydzieści lat zastanawiał się nad polityką Boga wobec siebie. Zastanawiał się, dlaczego Pan życia odebrał mu bliskich. I w końcu zrozumiał. Bóg interweniował, bo był tak silnie przywiązany do rodziców i rodziny, że zasłaniali mu Boga. Przez to przywiązanie nie byłby w stanie podejmować i wypełniać Jego woli. Mając do wyboru: Bóg i Jego wola, czy rodzina i jej sprawy, wybierałby z reguły rodzinę. I w ten sposób bezwiednie szedłby drogą nieszczęścia mylonego ze szczęściem. Szczęście bowiem zasadza się wyłącznie na Bogu i wypełnieniu Jego świętej i nieomylnej woli. W końcu zrozumiał, że tylko głupiec buduje dom swego życia na sobie i na innych, nawet kochanych ludziach. Pojął, że mądrość nakazuje budować wyłącznie na Bogu, a wówczas wchodzi się w niewypaczone więzy bliskości z innymi. Po latach dopiero podziękował Bogu za śmierć bliskich.

Od młodości marzył o wysokim statusie materialnym i społecznym. Pociągały go pieniądze i kariera. Dla prostego chłopaka ze wsi był to szczyt życiowej pomyślności. Jego marzenia miały konkretny kształt: zwiedzanie świata, dom w mieście, w górach i nad morzem. Koniecznie na wysokiej wydmie, w sosnowym lesie z widokiem na bezkres morza. Dom tak usytuowany, by morska bryza muskała go za dnia i w nocy. A księżyc igrał w szpilkach sosen. Słońce zaś nasycało go ich aromatem. Choroba pokrzyżowała te plany. Żyje ubogo i nic nie znaczy w społeczeństwie. Mieszka w małym pokoju, z mikroskopijną kuchnią i łazienką z widokiem na mury sąsiedniej kamienicy. Przez trzydzieści lat zastanawiał się nad polityką Boga względem siebie. I w końcu zrozumiał, że domem, o który warto w pierwszej kolejności się postarać i posiadać na ziemi jest własne i cudze serce. Serce, w którym króluje i wypełnia je po brzegi miłość. Wytrwale uczy się miłości. Miłości do siebie samego, do innych, a przez to i do Boga. W ciągu trzydziestu lat, choć z wielkim trudem, popełniając liczne błędy, poczynił znaczne postępy w tej mierze. Dziś ma liczne domy w Polsce i za granicą, na rozmaitych kontynentach. Bywa w nich. A są to domy tych, którym ofiarował swoją miłość, a oni odpowiedzieli na ten najcenniejszy dar, również miłością.

Nigdy nie buntował się przeciw Bogu. Poddawał się biegowi życia, starając rozeznać, czego Bóg chce dla niego przez doświadczane wydarzenia osobiste, społeczne, kościelne. Próbował pojąć, od czego przez te wydarzenia go uwalnia. Przed czym chroni. Do czego przygotowuje. Do podjęcia jakich zadań wezwie go w przyszłości. Przez te zamyślenie prowadziła go Ewangelia, którą się zauroczył i w której się zakochał. To ona ujawniła mu, że nie wyda prawdziwych życiowych owoców, jeśli nie będzie trwał w „winnym krzewie" i nie podda się całkowicie i bezwarunkowo oczyszczającym działaniom boskiego Ogrodnika. U schyłku swego życia nieustannie dziękuje za te oczyszczenia Bogu i znając siebie prosi Go o dalsze oczyszczające działania.

Modlitwa powszechna
– o zaufanie do Boga w chwilach życiowych nieszczęść,
– o poddawanie się oczyszczającym działaniom boskiego Ogrodnika,
– o łaskę rozpoznawania boskiego sensu wydarzeń składających się na nasze życie doczesne,
– o wolność od pandemii egocentryzmu i egoizmu,
– o nie skupianie się w życiu religijnym i moralnym na sobie, lecz na Bogu.

Rozesłanie
Wrogiem rozwoju człowieka jest skupianie się na sobie i przywiązanie do samego siebie. Bóg na wszelkie możliwe sposoby przeciwdziała tej chorobie w życiu każdego z nas. Podejmijmy z boskim Lekarzem ścisłą współpracę. Stosujmy się do Jego zaleceń i przyjmujmy wskazane przez niego leki. Wyprośmy z góry zgodę, na wszelkie bolesne operacje, jakim dla naszego dobra nas podda.

Inspiracja
Prawdziwa historia życia prawdziwego człowieka opowiedziana autorowi powyższego tekstu.