- Strona główna
- „Materiały Homiletyczne”
- 6. niedziela wielkanocna
6. niedziela wielkanocna
ks. Jakub Kałachurski, 17.05.2009Bezbronna miłość zwycięża przemoc (dla młodzieży)
Świat jest brutalny, bardzo brutalny. Pełen przemocy i walki. Już sama przyroda dostarcza niezliczonych przykładów. Trzeba w świecie zwierząt zabijać, aby móc żyć. Śmierć jednego jest nadzieją drugiego. Okrutne. A co dopiero, gdy przypatrzymy się życiu tej istoty, która ma być podobno koroną stworzenia – najwznioślejszym,
najpiękniejszym dziełem miłosiernego
Boga. Ludzki świat to
rzeczywistość nieustającej walki, dominacji, zwyciężania i przegrywania. Historia człowieka to w zdecydowanej większości historia walki. Miałem kiedyś okazję zwiedzać muzeum techniki w Londynie. Wyszedłem przerażony –
najstarsze i najnowsze eksponaty miały to samo przeznaczenie – człowiek najbardziej angażuje swoje siły w
tworzenie coraz bardziej zaawansowanych narzędzi walki. Straszne. A ile wy – moi drodzy – w swoim życiu doświadczyliście przemocy
i siły? Ile razy was dosięgała ta epopeja ludzkich wojen - w waszej skali? A może trzeba zadać pytanie – ile razy ty – siostro i bracie – wyciągałaś, wyciągałeś rękę przeciw drugiemu człowiekowi? Ile razy ta twoja ręka nie niosła pokoju,
nie służyła miłości, ale budowała świat nienawiści?
I trzeba chyba bardzo odważnie zadać w tym
momencie pytanie – jak można w takim świecie
wierzyć i powtarzać z przekonaniem, że Bóg jest miłością? Czy – w imię uczciwości wobec cierpiącej ludzkości i
solidarności z cierpiącym światem – nie należy raczej porzucić takiego Boga, który zgadza się na ból? Czy można nazwać miłosiernym Ojcem Stwórcę, który tak poukładał rzeczy tego świata, że umieramy, chorujemy, że cierpią niewinni, dzieci? Czy może trzeba, jak bohater Braci Karamazow – Iwan – zwrócić Bogu bilet, a zatem odrzucić świat, którego harmonia opiera się na rachunku krzywd i cierpień równoważonych przez
daleką nagrodę gdzieś w niebie.
A jednak chrześcijanie
powtarzają za świętym Janem: „Bóg jest miłością". Moi drodzy, jak pełen napięcia jest to zwrot - właśnie wtedy,
gdy zdajemy sobie sprawę z całego
dramatyzmu istnienia, o którym powiedziałem. Gdy nie jest to efekt jakiejś wielkiej egzaltacji, ale mocny wniosek człowieka twardo stąpającego po tej ziemi. A takim, z całą pewnością, był św. Jan. To
nie naiwny idealista, który nie widzi zła – przeżył niemal cały pierwszy wiek, widział i słyszał o cierpieniach sióstr i braci. Wszyscy Ci,
którzy z nim razem wędrowali za
Jezusem, apostołowie – zginęli głosząc prawdę o Zmartwychwstałym. Słyszał on o
dramacie chrześcijan w
Rzymie, których tak wielu zginęło w straszliwych męczarniach za czasów Nerona, a przede wszystkim – pamiętał Golgotę, pamiętał przerażający realizm krzyża, w którym nie było kompletnie nic romantycznego, a tylko nagie, zimne okrucieństwo. Widział to wszystko, a jednak stary, doświadczony Jan napisał: „Bóg jest miłością".
Moi drodzy, św. Jan
doskonale by zrozumiał każde Wasze cierpienie, wszelki Wasz ból, gdyż czego tylko można doświadczyć – odrzucenia, pogardy, osamotnienia, śmierci przyjaciół – on sam także doświadczył. A jednak z samej głębi tego doświadczenia wykrzykuje to zdanie, które stanowi esencję chrześcijaństwa – Bóg
naprawdę jest miłością! Dlaczego? Dlatego, że Jan pamiętał falujące łany zbóż, przez
które przechodzili z Panem i z przyjaciółmi, pamiętał spokój zachodów, gdy Jezus spokojnie mówił im o Ojcu, pamiętał ciepło Jego ciała, gdy spoczywał na Chrystusowej piersi w czasie Ostatniej Wieczerzy i pamiętał, gdy Pan nazwał ich przyjaciółmi, nakazując, aby się wzajemnie miłowali i
dodając: „Nikt nie ma większej miłości od tej,
gdy ktoś życie swoje oddaje za swoich przyjaciół". Można było jeszcze tutaj mieć wątpliwości – czy to
takie ładne słodkie teksty - miłujcie się, bądźmy dla siebie dobrzy, alleluja...? Ale za kilka godzin, gdy konał na krzyżu, mogąc w każdej sekundzie zakończyć własną kaźń, nie można już było mieć wątpliwości. To była miłość doprowadzona do granic możliwości – umieranie
z miłości. Nie, to była miłość, która przekroczyła granice możliwości. Jan pisząc swoje listy pamiętał przecież, że za kilka dni na brzegu galilejskiego jeziora zapłonie małe ognisko, na którym Jezus, którego miłości śmierć nie była w stanie
zatrzymać, przygotuje
rybę na śniadanie dla swoich przyjaciół.