- Strona główna
- Wobec codzienności
- Wezwanie do miłości społecznej
Wezwanie do miłości społecznej
ks. Robert Nęcek, 18.06.2009
W
Rzymie znana jest opowieść o Koriolanie i Wenturii. Otóż Koriolan był dowódcą
wojskowym, zdolnym rzymskim oficerem. Mimo młodego wieku szybko piął się po
szczeblach hierarchii wojskowej, zataczając swoimi wpływami coraz szersze
kręgi. Nie podobało się to wielu znakomitym senatorom, którzy postanowili
odstawić go na bocznice, a następnie wypędzić z Rzymu. Oburzony do łez młody
oficer przystąpił do taboru Wolsków, nieprzyjaciół Rzymian. Wolskowie widząc, z
kim mają do czynienia i jak wielkie możliwości drzemią w tym człowieku,
mianowali go błyskawicznie naczelnym dowódcą wszystkich połączonych sił
zbrojnych i wykorzystując jego talent, a w tym talencie gniew ruszyli na Rzym,
aby go zdobyć.
Senatorowie zauważyli swój błąd,
lecz na jego naprawę było już zbyt późno. Próbowali się ratować, wysyłając do
Koriolana poselstwo złożone z najznakomitszych spośród siebie senatorów. Padli
oni na kolana i prosili, aby zaniechał wojny. Koriolan jednak nimi wzgardził.
Za drugim podejściem pojawili się kapłani ubrani w piękne, liturgiczne szaty.
Upadli na kolana i prosili o odwrót wojsk. Nimi również wzgardził. Następnie
ofiarowano mu skrzynię wypełnioną złotem, lecz po tej propozycji z jeszcze
większą pogardą patrzył na swoich ziomków. Zdecydowano się na manewr rozpaczy.
Z poselstwem udała się matka Wenturia, która na kolanach prosiła o zaniechanie
wojny. Koriolan, rzymski oficer, ale zarazem jej syn, podniósł Wenturię,
przytulił do piersi i powiedział: „Matko, ocaliłaś Rzym, ale straciłaś syna".
Uczynił odwrót wojsk i został zamordowany przez zawiedzionych w nadziejach
Wolsków. Jeżeli naturalna miłość syna do matki czyni tak wielkie cuda, to w
chrześcijaństwie dodatkowo tę więź wzmacnia swoim błogosławieństwem sam Bóg.
W kontekście zdziczenia obyczajów
ujawniających się w relacjach międzyludzkich wspomniana opowieść jest godna uwagi.
Chodzi o to, że poznają nas, chrześcijan, po miłości wzajemnej. Nie po
zawartości portfela, nie po piastowanym urzędzie, nie po ilości opanowanych
języków obcych, nie po linii wpływowych przyjaciół czy ilorazie inteligencji. Poznają nas po miłości wzajemnej. Zatem wystarczy wejść na
jakiś czas do domu rodzinnego i zobaczymy, czy poznają nas po miłości
wzajemnej. Można wejść na jakiś czas do innej parafii, aby zorientować się, czy
poznają nas po miłości wzajemnej. Jeżeli we wspólnotach nam najbliższych nie
poznają nas po miłości wzajemnej, to trudno się dziwić, że wspólnoty
pracownicze, sąsiedzkie, a w efekcie społeczeństwo stają się miejscem, z
którego materia wychodzi uszlachetniona, a człowiek coraz bardziej upodlony.
Fundamentem właściwych odniesień międzyludzkich jest Dekalog, który stoi na
straży ludzkiej godności. Jej poszanowanie jest podstawą kultury i
społeczeństwa dialogicznego. Godność jest efektem wzajemności w prawdzie i
miłości. W tej perspektywie nie ma miejsca na filozofię gracza. Być graczem to
przewidywać koniec gry. Z tej racji – jak pisał ks. Józef Tischner – „...pojawiał
się lęk. Jest to tym boleśniejszy lęk, że końcem gry dla gracza jest zawsze
wygrana przeciwnika. Gracz boi się, by nie przegrać, i zarazem wie, że musi
przegrać". Oznacza to, że istotą gracza nie jest miłość do ludzi, lecz ich
wykorzystywanie. Zatem jedynym środkiem na opanowanie graczy i wyzwolenia w
ludziach ludzkich zachowań jest miłość społeczna. Właśnie po niej nas poznają i
tylko po niej nas poznają.