18. niedziela zwykła

ks. Rafał Buchinger, 2.08.2009

1. Rozważany obecnie tekst Ewangelii należy przemyśleć w ścisłej zależności od poprzednich, a szczególnie J 6, 1-22. Oderwany od nich nie wiele mówi. Ewangelia nie jest bowiem zbiorem przypadkowo zestawionych ze sobą opowiadań. Jest ona uporządkowanym ciągiem boskiej myśli. Nie ma w niej przypadku, lecz konkretny zamysł. Rozważając z pomocą łaski święte teksty, po pewnym czasie zaczyna się dostrzegać jej zwartość i logiczność.

2. Dlaczego Jezus opuścił ludzi zaraz po rozmnożeniu chleba? Powodów jest kilka. Jezus irytował ludzi. Szczególnie tych sprawujących władzę religijną. Irytował wszystkim. I tym, co mówił, i tym, co robił. Irytacja zawsze rodzi agresję. Za nią idzie groźba zabójstwa. Jezus zostanie zabity nie tyle za działanie, co za propagowanie mądrości Bożej. Do dziś nic się nie zmieniło w tej materii. Za rzeczywiste przepowiadanie Ewangelii głoszący nadal płaci tę cenę. Drugim powodem opuszczenia tłumów jest groźba utrwalenia się wśród ludzi wypaczonego pojmowania osoby i posługi dobrego pasterza i mesjasza. Posługę tę chętnie rozumiano jako polityczną, zewnętrzna, doczesną. Jezus natomiast był wierny boskiemu ideałowi. Dla Niego posługa pasterza – mesjasza miała charakter ściśle religijny, wewnętrzny, podporządkowany wieczności. A sam mesjasz – pasterz w niczym nie był podobny do doczesnego władcy, lecz do sługi i niewolnika wszystkich. Pójście na ustępstwa wobec oczekiwań tłumów groziło wybuchem powstania narodowego i wojną z cesarstwem rzymskim. A to nie było wolą Boga. Pokusa wypaczanego rozumienia boskich prawd nie zniknęła z życia Kościoła. Chorują już na nią nawet klerycy w seminarium. Trzecim powodem jest niewątpliwie konieczność ratowania uczniów przed złem. Oni nie należeli do zbyt rozgarniętych i odważnych. Bardziej bali się ludzi niż Boga i chętnie szli z nimi na układy. Kompromis ze światem górował w nich nad więzią z Jezusem. Świadczą o tym ich zachowania podczas burzy na jeziorze. Nawałnicy dopuszczonej przez Jezusa dla ich opamiętania się.

3. Z zachowania Jezusa w czasie omawianych wydarzeń wyłania się ciekawa, dla wielu kontrowersyjna zasada, a mianowicie należy uciekać przed ludźmi i sytuacjami wywołującymi zło w ciężkiej postaci. Nie jest to objawem tchórzostwa. Przeciwnie, jest wyrazem postępowania w myśl boskiej mądrości. Mądrości, która nakazuje osłabiać, niwelować i znosić zło ucieczką. Ta zasada nie jest niczym nowym. Jezus postąpił zgodnie z tym, czego Bóg nauczał od setek lat poprzez księgi mądrościowe Starego Testamentu. Warto pamiętać, że szaleństwo innych neutralizuje się swoją nieobecnością w szaleństwie! Szkoda, że duchowni dają się wciągać w medialne i społeczne szaleństwa myślowe, obyczajowe, polityczne... No cóż, promocja siebie samych, kosztem wspólnoty i mądrości Bożej, zawsze była słabością sług religijnych.

4. Jezus przeszedł po jeziorze suchą nogą. Fakt ten do czasu osłonił tajemnicą przed tłumami. Był znany wyłącznie Bogu, Jezusowi i wąskiemu gronu uczniów. Dlaczego? Nie jest ewangelicznym ideałem dzielić się ze wszystkimi posiadaną prawdą. Wielu naiwnie sądzi, że owo dzielenie się jest znakiem autentycznej miłości. Myślą bowiem: Jeśli wzajemnie ujawniamy sobie całą prawdę, to na pewno łączy nas miłość. Jeśli nie wyjawiamy, to nie ma pomiędzy nami miłości. Nic bardziej złudnego. Miłość przejawia się niewątpliwie w prawdzie, ale podawanej z mądrością, czyli za wiedzą i zgodą Boga. Bóg każe – przekazuję. Bóg zabronił – milczę. Milczę, jeśli tak polecił, nawet do grobowej deski. Wszelkie pretensje są wówczas bezpodstawne. Pytali ludzi Jezusa: „Rabbi, kiedy tu przybyłeś?". A On im nie odpowiedział! Nie można zatem mieć żalu nawet wówczas, gdy tylko słusznie się przypuszcza, że ktoś zna prawdę. Tłum podejrzewał, sugeruje ewangeliczny opis, że Jezus cudownie przebył jezioro! A On milczał. I skierował ich uwagę na inne sprawy, które z woli Ojca z nieba miał im objawić. Oby każdy chrześcijanin zachował te wskazania w pamięci i w praktyce. Szczególnie dziennikarze, księża, przełożone zakonne...

5. Ludzi nie tyle interesuje prawda, co towarzysząca jej wszelkiej maści niezwykłość. Oni lgną nie tyle do prawdy, co do sensacji, jaką ona u nich wywołuje. Ludzie szli bardzo licznie za Jezusem. Powodem były cuda czynione przez Jezusa, a nie Jego nauka. Świadczy to o tym, że ich wiara była płytka, a zatem niestabilna, bo wznoszona na uczuciach, uniesieniach, chwilowych fascynacjach, rozmaitych ulotnych, choć duchowych, przyjemnościach. Na przykład na radości z darmowego najedzenia się do syta. Tego rodzaju doznania i uczucia szybko się kończą. A wraz z nimi umiera trwanie przy wartościach, którym towarzyszyły. W życiu religijnym, mówi Jezus, ważniejszym jest rozumowe i wolitywne podejście do wiary. Takie podejście otwiera szanse na jej zgłębienie i dochowanie jej wierności. Jezus nie odpędzał wierzących dzięki uczuciom, doznaniom, nastrojom, lecz im pasterzował. Pasterzował, choć wiedział, że Go zawiodą. Jezusowe wskazania są oczywiste. Dla pasterzy: nie zrażajmy się ludźmi budującymi wiarę na doznaniach i uczuciach. Opiekujmy się nimi nie dziwiąc się ich labilności w odniesieniu do Kościoła, jego nauczania, jego kapłanów... Nie dziwmy się, że nie stają w obronie wartości moralnych i religijnych. Nie bądźmy zaskoczeni widząc ich zaśmiewających się i nagradzających sowitymi oklaskami kabaretowe drwiny z tego, co święte. Również dla polskich chrześcijan wskazanie jest oczywiste: Potrzeba nam pogłębienia wiary. Pielgrzymki, zloty, pikniki religijne festiwale, istniejące i budowane centra nie mogą być fundamentem wiary. Nie zwalczamy tych form życia religijnego, nie zabraniamy korzystania z nich, ale winniśmy pamiętać, że nie o to w religijnym życiu chodzi. Głębię religijną daje samotna, choć zawsze prowadzona w łączności z całym Kościołem, prywatna modlitwa. Modlitwa, w której słuchanie Boga bierze od samego początku górę nad mówieniem do Boga. Chodzi więc o medytację nad Ewangelią.

6. „Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki... Troszczcie się". A zatem to nie jest prośba czy zalecenie Jezusa. To jest rozkaz, który trzeba natychmiast wykonać. Wszak z rozkazem się nie dyskutuje. „Pokarm, który nie ginie" jest istotnym dla Boga i dla Kościoła. Jest on jednak dostępny tylko dla tych, którzy pozostają we wspólnocie kościelnej. Zwrot: „Troszczcie się" uświadamia także, że nabycie „pokarmu, który nie ginie" wymaga wysiłku. Wysiłku szukania, nabywania, spożywania, wykorzystania energii, jaką daje spożywającym ku działaniu zgodnym z wolą dającego go.

7. Co zatem jest owym pokarmem, „który nie ginie"? Jest to pokarm duchowy, bowiem tylko to, co jest duchowe nie ginie. Jest to pokarm miłości. Jest nim przede wszystkim sam Pan Bóg, który jest miłością. Bóg, w obecności którego żyjemy na co dzień i Którego rozpamiętujemy. Są nim prawdy, jakie nam daje i dobro, jakim nas darzy przeobficie. Pokarmem tym są również przykazania miłości Boga, bliźnich i siebie samego. Jest nim Dekalog i Osiem błogosławieństw będących praktycznym rozpisaniem przykazania miłości. Pokarmem tym jest również posłuszeństwo woli Bożej zgodnie z oświadczeniem Jezusa: „Moim pokarmem jest pełnienie woli Tego, który Mnie posłał". A zatem pokarmem duchowym jest słuchanie Słowa Bożego. Słuchanie tak doskonałe, że jednoczy nas ze Słowem. Podobnie jak pokarm doczesny jednoczy się z cielesnością człowieka. Tym pokarmem jest oczywiście Eucharystia. „Jam jest chleb życia". Jest to fascynujące. Bóg jest pokarmem duchowym człowieka. Pokarmem podawanym w różnego rodzaju odmianach, rzec by można, daniach. Każdy może wybrać to danie, który go najbardziej pociąga, zaostrza głód i pragnienie Boga. Szczęśliwi i mądrzy ci, którzy jedzą wszystkie odmiany tego pokarmu. Oni osiągają pełnię rozwoju.