- Strona główna
- „Materiały Homiletyczne”
- 32. niedziela zwykła
32. niedziela zwykła
ks. Szymon Nosol, 8.11.2009
Nieść pomoc innym
Dziś
już ósmy dzień listopada. Tydzień temu przeżywaliśmy uroczystość Wszystkich Świętych. Cieszyliśmy się wraz z gronem mieszkańców nieba, zbawionymi,
dziękując Bogu za nich. Potem
poszliśmy na
cmentarz modlić się za tych, którzy jeszcze
nie mogą Boga oglądać, choć zeszli z tego świata w łasce uświęcającej, aby im pomóc do pełnego zjednoczenia z Bogiem.
Czyniliśmy to w miarę naszych możliwości przez cały ten tydzień, aby nawiedzając cmentarz i wypełniając odpowiednie warunki
zyskać odpust zupełny za zmarłych. Dziś przeżywamy ostatni dzień tej oktawy i mamy możność jeszcze dziś ten odpust zyskać. Skorzystajmy z tej możliwości i postarajmy się po południu, w gronie rodziny,
nawiedzić cmentarz
i przez zyskanie odpustu zupełnego
pomóc naszym zmarłym.
Będzie to wielka
pomoc dla nich, a dla nas okazja do zadumy nad swoim życiem i do pogłębienia więzi
rodzinnych. Bądźmy ofiarni w niesieniu
pomocy innym, jak te dwie wdowy z dzisiejszej liturgii słowa, a Bóg nas stokrotnie nagrodzi.
1. Nakarmić głodnego, jak wdowa z Sarepty
Kiedyś
zwierzyła mi się jedna parafianka, jak
doświadczyła w swojej rodzinie szczególnej
opieki Bożej, gdy
ofiarowała
wszystkie swoje pieniądze
na budujący się nasz kościół. Otóż w tamtym trudnym czasie
(początek lat
siedemdziesiątych
ub. w.), kiedy wszystkiego nam brakowało,
zaproponowałem
ludziom, że w drugą niedzielę miesiąca taca będzie na kościół. Wtedy ta taca była rzeczywiście większa, bo sześciokrotna niż w zwykłe niedziele. I właśnie ta parafianka, bardzo pobożna i zatroskana o budowę kościoła, choć biedna, w porozumieniu
z mężem oddała wszystkie pieniądze, jakie mieli (ok.
130 zł). Dla nich
to było naprawdę dużo, bo byli biedni. Tymczasem
już wieczór w tę niedzielę dzieci przypomniały im, że mają następnego dnia w szkole właśnie tyle wpłacić, na jakieś tam opłaty. Skąd wziąć te pieniądze, gdzie pożyczyć? Ale, jak mówiła, zaufała Bogu i nie zawiodła się. Niespodziewanie przyszła pomoc z najbardziej
nieoczekiwanej strony. Późnym
wieczorem przyszła
do niej sąsiadka
prosić ją o pomoc w pracy na następny dzień i wręczyła jej dokładnie tyle samo pieniędzy, ile ona dała na tacę na budujący się kościół.
Biedna wdowa z Sarepty za miłosierdzie okazane Eliaszowi w nagrodę otrzymuje od Boga tyle,
że starcza jej na
utrzymanie siebie i swojego syna. Bo ochotnego dawcę Bóg miłuje.
Kto daje, ten z nawiązką dostaje.
2. Oddać wszystko, jak biedna wdowa z dzisiejszej Ewangelii
Druga wdowa, z czasów Pana Jezusa, wrzuciła do skarbony wszystko,
co miała. W tym lapidarnym
zdaniu ewangelicznym Jezusa: „Wrzuciła
wszystko" i w tym geście
biednej wdowy jest tyle dostojeństwa,
które onieśmiela
dzisiejszego człowieka.
Człowiek dzisiejszy
bowiem to typ konsumenta, który chciałby
tylko brać, nie dając w zamian nic od
siebie.
Słowo
„wszystko", ofiarować
„wszystko" dziś
szokuje, a przynajmniej dziwi. Człowieka,
który się dziś na to decyduje, uważa się za wariata, za dziwaka.
Inaczej jednak wartościuje
Chrystus. Przedstawia w dzisiejszej Ewangelii trzy rodzaje słuchaczy. Pierwszy, to
uczeni w Piśmie,
ludzie-konsumenci, chcieliby tylko brać:
szacunek od innych, ukłony
i uśmiechy, tytuły i pierwsze krzesła... Drugi, to ludzie,
którzy wprawdzie dają,
ale z tego co im zbywa, ochłapy
spadające ze stołu pana... Trzeci
wreszcie, to ludzie ofiarni, którzy dzielą się
tym, co mają -
ostatnim kawałkiem
chleba; którzy dla Boga, dla Chrystusa, dla drugiego człowieka oddają
wszystko, jak owa wdowa ewangeliczna. Ona nawet się nie dzieli, ona po prostu daje wszystko, co ma.
Chrystus sam tak uczynił: dał
nam wszystko, co miał – oddał za nas
swoje życie. I przypomina
nam o tym w każdej
Mszy świętej, ofiarując się za nas Ojcu, dając nam zarazem wszystko,
bo samego siebie.
Podobnie i my musimy postępować,
bo bez ofiary nie ma nic wielkiego, nie tylko w chrześcijaństwie,
ale w ogóle w życiu.
Jeżeli coś z naszej strony może budować nasze otoczenie, skłonić je do refleksji, nawrócenia,
przekonać do chrześcijańskich ideałów, to tylko postawa
ofiary, dawania siebie. Tak jest w życiu
biologicznym, tak też
musi być i w naszym
życiu duchowym. Jak
ziarno musi obumrzeć,
by mogło wydać owoc, tak człowiek, by mógł wzrastać duchowo, musi dawać siebie, musi stawać się dobrym jak chleb.
Kiedy bowiem przyjdzie śmierć,
stracimy nieodwołalnie
wszystko, co zrobiliśmy
dla siebie i co udało
nam się zdobyć. Na nic tytuły, ordery, samochody,
wille, wpływy, władza. Wszystko z ostatnim
oddechem rozsypie się – nic mieć nie będziemy. Równocześnie jednak w tym samym
momencie zyskamy wszystko, co zrobiliśmy
bezinteresownie dla innych. To tylko zostanie nam w ręku i to zabierzemy ze sobą, jak posag na drugi brzeg naszego życia. I dlatego tak ważna jest postawa
ewangelicznej wdowy, która „wrzuciła
wszystko".
Więcej w: „Materiały Homiletyczne" 254/2009