- Strona główna
- „Materiały Homiletyczne”
- ks. Jakub Kałachurski
ks. Jakub Kałachurski
Żyć prawdziwie... (dla młodzieży), 8.11.2009
Jest taki obraz Vincenta van Gogha „Żółty
domek". Artysta namalował
go w Arles w okresie swojego życia,
który naznaczony był
największymi jego
nadziejami, ale też
najbardziej intensywnym rozwojem choroby, która popchnęła go do samobójstwa. „Żółty
domek", to budynek na rynku miasteczka, który dla Vincenta wynajął jego brat Theo. W życiu van Gogha stał się on symbolem bezpieczeństwa i spokoju – z zachwytu
i czystej radości
wszystkie namalowane przez niego na obrazie domy są żółte. Artysta żył wielką
nadzieją założenia wspólnoty malarzy, którzy w tym sielskim środowisku stworzą najwspanialsze arcydzieła. Niestety wszystko
pokomplikowało się tak bardzo, że ten idylliczny „żółty domek" stał
się sceną największego upadku malarza.
Wzrusza mnie to pragnienie van Gogha, aby stworzyć taką idyllę, taki skrawek raju na
tej ziemi, w którym będzie
spokój i bezpieczeństwo.
Jednocześnie przeraża mnie to, jak bardzo łatwo ten raj można utracić i zniszczyć. Chciałbym dzisiejszą liturgię słowa odczytać właśnie w takim kontekście.
Słowo,
które dzisiaj oferuje nam liturgia, jest dla mnie wezwaniem do autentyzmu, do życia prawdziwego. To
jest chyba tęsknota
wielu dzisiejszych ludzi – żyć w prawdzie, odrzucić pozy, maski i makijaże, które zakładamy wychodząc do świata. Moi Drodzy – to
nic nowego. Pan Jezus znał
to pragnienie, tę
ludzką tęsknotę i przed nią ostrzegał: „Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku,
pierwsze krzesła w synagogach
i zaszczytne miejsca na ucztach. (...) Dla pozoru odprawiają długie modlitwy". Oto
portret człowieka,
który żyje fikcją – buduje poczucie
swojej wartości w oparciu
o zakładane maski.
Potrzebuje tych wszystkich fatałaszków,
aby stworzyć świat dla siebie - ukształtowany zgodnie z własnymi potrzebami świat, który go doceni,
który dostrzeże.
Ale za tą fasadą szacunku i poważania, za tym prestiżem – pozdrowieniami,
pierwszymi miejscami, długimi
szatami - zionie pustka, nie ma nic. Czy nie jest to również nasze doświadczenie? Najpierw
wtedy, gdy widzimy dzisiejszych „uczonych w Piśmie" – ludzi chorych z ambicji, którzy za wszelką cenę potrzebują blasku świateł, doceniania, dowartościowywania, podczas gdy
nic, albo bardzo niewiele sobą
reprezentują -
gwiazdki i gwiazdeczki, skandaliści
i rzekomi artyści.
Bądźmy też jednak uważni w patrzeniu na siebie – ile w naszym życiu
jest takiego budowania samej fasady – swojego wspaniałego wizerunku, takiego prywatnego PR? Ile masek
przywdziewamy codziennie, dowodząc,
jak bardzo należy
się nam szacunek i cześć? Ile zatem jest fałszu i nieautentyczności w naszym życiu, jak często udajemy, gramy kogoś, kim nie jesteśmy? Takie pytania stawia
przed nami uczony w Piśmie.
Jest też
i druga postać w dzisiejszej
Ewangelii - to uboga wdowa. Jej sylwetka bardzo mocno kontrastuje z uczonym.
Ona nie znaczy nic - jest sama, pozbawiona bliskich. Nietrudno sobie ją wyobrazić, jak zgięta, złamana życiem i jego dramatami
podchodzi do świątynnej skarbony i rzuca
dwa maleńkie pieniążki. Pewnie nikt, poza
Panem, nie zwróciłby
na nią uwagi. Kobieta
i wdowa - nie miałaby
szans na żadne
zaszczyty, nigdy nie zajmie żadnego
pierwszego miejsca poza jedną
klasyfikacją, ale
za to najważniejszą - w oczach Jezusa
znajdzie uznanie: „Ta uboga wdowa wrzuciła
najwięcej ze
wszystkich - całe
swoje utrzymanie". Nie jest przypadkiem fakt, że opis tego wydarzenia znajduje się bezpośrednio po krytyce
uczonych w Piśmie.
Wdowa jest przeciwieństwem
tamtych. Ona - cicha i pokorna - uczeni dostrzegani, oczekujący zaszczytów. Ona
niezauważona - oni
w blasku świateł, podziwiani przez
wszystkich. Ona jednak jest kimś,
jest gotowa do poświęceń, jest taka autentyczna,
prawdziwa i wierna sobie - oni pozostają
zgrają żyjących w kłamstwie oszustów.
Jezus pokazuje nam dzisiaj piękno zwykłego
życia, życia bez masek. Takiego,
w którym nie unika się
trudów, które może
nie być pozbawione
dramatów, ale jest prawdziwe i w ten sposób rzeczywiście piękne
i twórcze. Inaczej – Jezus nam podpowiada – przyjacielu, zobacz, jak wiele piękna jest wokół ciebie, jak cudowna może być rzeczywistość, w której się obracasz. Wokół ciebie są ludzie, którzy cię kochają, przed którymi nie
potrzebujesz długich
szat, a nawet, jeśli
nie dostrzegasz takich ludzi, to jestem Ja, który siedzę przed tobą
i z miłością patrzę na twoje życie tak, jak patrzyłem na tamtą biedną wdowę. Nie musisz grać, nie musisz się przebierać, zakładać uśmiechniętych masek, ale naprawdę możesz być tym, kim jesteś – z tym, co w tobie piękne, co szlachetne, ale
z tym także, co
grzeszne, głupie i złe.
Moi Drodzy, wspomniany na początku Vincent van Gogh do tego zmierzał. Chciał żyć
tak właśnie, bez masek, bez przyjmowania
jakiejś pozy,
autentycznie. Nie dał
rady. Choroba i osobisty dramat zdrady, której doświadczył,
zniszczyły sielankę żółtego
domku. Każdy z nas
ma taki żółty domek w sobie - czyli
najgłębsze marzenie
o bezpiecznej przestrzeni, gdzie nie trzeba się bać,
gdzie nic nam nie zagraża.
Takiego szczęścia
nie zbudujesz, siostro i bracie, opierając
się na kłamstwie. Możesz je wznieść tylko wtedy, gdy
zedrzesz z twarzy maski i będziesz
autentyczny, prawdziwy, wierny sobie, a przez to wierny Bogu. Gdy docenisz
swoje proste życie.
To jest alternatywa, przed którą stawia nas dzisiaj Pan – albo idziesz drogą uśmiechniętych uczonych w Piśmie, albo drogą biednej wdowy. Chyba każdy z was, ludzi młodych, ma jasną odpowiedź, która droga jest piękniejsza i które serce
pozostaje pogodniejsze.
Więcej w: „Materiały Homiletyczne" 254/2009