1. niedziela Adwentu

ks. Kazimierz Skwierawski, 29.11.2009

Chrystusowa miara

Rozpoczęliśmy Adwent! Pierwsza modlitwa Mszy Świętej zawierała prośbę, abyśmy: „przez dobre uczynki przygotowali się na przyjście Syna Człowieczego i żebyśmy w dniu sądu zaliczeni do Jego wybranych, mogli posiąść królestwo niebieskie". W ten sposób czas Adwentu liturgicznego i całego naszego życia ­jawi się jako zadanie niezwykle konkretne. Możemy coś realizować i posuwać się naprzód jedynie wtedy, kie­dy mamy przed sobą konkret. Ta modlitwa za­wiera bardzo konkretne wskazania. Ona przede wszystkim zwraca naszą uwagę na to, że Pan Jezus przyjdzie drugi raz tak samo, jak przyszedł po raz pierwszy. Trzeba się więc na to Jego powtórne przyjście przy­gotować. W jaki sposób mamy to czynić? Ja­kie mają być te nasze dobre uczyn­ki? Na jakiej zasadzie mamy zostać zaliczeni do wy­bra­nych, aby w chwili Jego przyjścia nie mdleć ze strachu, ale z uniesioną głową wejść do królestwa niebieskiego? Co konkretnie mamy robić?

Liturgia dzisiejsza mówi najpierw o pierwszym przyjściu Pana Jezusa. Prorok Je­­remiasz – na kilka wieków przed przyjściem Syna Bożego na świat – zapowiada Jego nadejście i określa je bardzo znamiennymi słowami: Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana – kie­dy wypełnię pomyślną zapowiedź" (...) (Jr 33, 14).

Ilekroć mówimy: Syn Bo­ży, to uświadamiamy sobie bardzo mocno, że Jego przyjście na ziemię w planie Bożym zostało zapo­wie­dziane, albo mówiąc inaczej: został nam obiecany. Ta zapowiedź, ta obietnica bardzo wyraźnie została określona – jako pomyślna. Czyli cały świat, wszys­cy lu­dzie, którzy znajdowali się w zgoła niepomyślnym stanie, mieli otrzymać Sy­na Bożego, który wniesie w ich życie pomyślność, zupełnie je zmieniając i przeo­braża­jąc. I jest bardzo wyraźnie powiedziane, w jaki sposób On to uczyni – „(...) będzie wymierzał prawo i sprawiedliwość na ziemi" (Jr 33, 15).

Ta obietnica, ta zapowiedź, którą Bóg nazywa pomyślną, jest związana z tym, że na ziemię przyjdzie Syn Boży i wymierzy prawo i sprawiedliwość, czyli jasno ukaże: co jest dobre, a co złe, co należy czynić bezwzględnie, a czego należy unikać – a więc pojawi się ktoś, kto będzie miarą, punktem odniesienia. I człowiek w każ­dej chwili będzie mógł swoje życie przykładać do tej miary.

Zobaczmy, w jaki sposób Chrystus wymierza. Powiedział: „(...) Nie przyszedłem znieść [prawo], ale wypełnić" (Mt 5, 17). A ludziom wydaje się, że nic już nie jest aktualne, że nic już nie jest istotne. Wszystko się już przedawniło. Nie ma przykazań, nie ma już żadnej mia­ry. Tymczasem miara wciąż istnieje! Ona jest po to, aby człowiek w swoim życiu mógł od­nieść suk­ces, aby jego życie było pomyślne. Od tej miary zawisła cała pomyślność życia człowieka.

Popatrzmy, jak Pan Jezus wymierza: „(...) powiedziano przodkom: Nie zabijaj! (...) A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi (...)" (Mt 5, 21-22). I dalej: „(...) powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam po­wia­­­dam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa" (Mt 5, 27-28). I jeszcze: „(...) powiedziano: Nie będziesz fałszywie przysięgał (...). A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie (...) Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi" (Mt 5, 33-34. 37)

Moi drodzy, są zawody, w których ludzie koniecznie potrzebują miary i używają jej nieustannie, bo inaczej niczego dobrego by nie zrobili. I żadnemu odpowiedzialnemu majstrowi nie przyjdzie do głowy, żeby jej nie używać. A chrześcijanin – jakże często nie uży­wa miary Chrystusa i to nie do jakiejś tam budowli, ale do swojego ży­cia, bo on jej nie szuka! I co więcej, on w ogóle nie jest nią zainteresowany!

Gdzie jest miara Chrystusa? Ona jest w Piśmie Świętym, przede wszystkim w Ewan­­gelii, ale i w każdej innej Księ­dze. Co znaczy: przez dobre uczynki przygotowy­wać się na przyjście Chrystusa? – to znaczy odpowiedzialnie, codziennie i w każdej chwi­li przykładać swoje życie do miary Chrystusa. A to oznacza, że moim pier­wszym, funda­men­talnym, podstawowym nie tyle obowiązkiem, co przywilejem i łaską jest poważnie traktować Jego słowo.

Święty Paweł powie Tesaloniczanom: „(...) w sprawie sposobu postępowania i po­dobania się Bogu - jak już postępujecie – stawajcie się coraz doskonal­szymi!" (1 Tes 4, 1). Chrześ­ci­janin ma sposób życia. On ma się podobać Bogu. A kiedy będzie się Mu podobał? – wtedy, jak będzie zgodny z tym, co Chrystus wymierzył, kiedy będzie wiedział, co On mówi. A Chrystus wszystko powiedział na każdy temat związany z ludzkim życiem. Jeżeli jest jakieś zadanie, które przynależy chrześcijaninowi, to jest nim odpowiedzial­ne obcowanie na co dzień ze słowem Bożym, które uroczyście czytamy w każdą niedzielę na Mszy Świętej.

Cały tydzień myślałem o dzisiejszym słowie Bożym. Wracałem do niego wielokrotnie. A teraz, czytając proroka Jeremiasza, nic nie sły­szałem, bo cały czas otwierały się drzwi. A wy, coście słyszeli? Co słyszeli ci, którzy wchodzili? Przecież to jest nasze podejście do słowa Bożego, to jest tak, jakbyśmy mówili: „Panie, Boże, a cóż mnie obchodzi Twoja miara? Lekceważę ją, niech spadnie na ziemię, jeszcze ją podeptam!". Jak chrześcijanin może spóźnić się na Eucharystię?! To jest niepojęte! To znaczy, że już gdzieś bardzo daleko zszedłem na manowce. A w jaki sposób będę żył tym sło­wem, kiedy będę go przykładał do swojego życia?

Czy czytacie Pismo Święte? Czy bierzecie codziennie Ewangelię do ręki? W naszym życiu postępujemy wedle pewnych zasad i określonych rytmów. Bóg je stworzył i mamy: dzień i noc, i pory roku. Żyjemy według własnego rytmu: wsta­jemy, myjemy się, coś jemy, idziemy do sklepu, do pracy. Szanujemy te rytmy, nie wyobrażamy sobie, aby ich nie było w naszym życiu. A czy szanujemy ten najważniejszy, Bo­­ży rytm? Pan Jezus powiedział: „(...) Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym sło­wem, które pochodzi z ust Bożych" (Mt 4, 4). Każdym! Żyję tym słowem, bo ono jest mi po­trzeb­ne. A jutro Bóg da mi słowo na nowe okoliczności i sytuacje, a ja nic o tym nie wiem! I dlatego zaczynają się dramaty, bo człowiek żyje głupio, nie przy­kładając siebie do miary Chrystusa. A od pewnego momentu zaczyna ją zupełnie lekce­wa­żyć. Mówi: „jest nieaktualna i do niczego niepotrzebna". A potem jest już totalna niewie­dza i chrześcijanin staje się dyletantem.

Musimy postanowić konkretnie: przez dobre uczynki muszę się przy­­gotować na przyjście Pana. Ale przez jakie? Weźmy tylko jeden: nie będzie żad­nego dnia w moim życiu bez słowa Bożego, bez Ewangelii, bez tej miary, którą mi daje Chrys­tus. Przecież jeżeli się o to nie postaram, to nigdzie nie dojdę!

Bóg dał pomyślną zapowiedź i zrealizował ją. Przyszedł na świat Syn Boży i wy­­mierzył drogi życia. Bóg spełni i drugą zapowiedź, ale jej pomyślność zależy całkowicie ode mnie. Pomyślność pierwszej zapowiedzi zależała od Boga i wypełniła się. Po­myśl­ność drugiej zależy ode mnie.

Zauważcie dobrze, że chrześcijanin to jest ktoś inny na tym świecie. Kto będzie bezradny i zatrwożony wobec szumu morza i jego nawałnicy? – narody. Kto będzie mdleć ze strachu w oczekiwaniu na powtórne przyjście Jezusa? – ludzie (por. Łk 21, 25-26). Ale my mamy być inni, bo Pan Jezus mówi bardzo wyraźnie: „A gdy się to dziać zacznienie trwóżcie się bezradnie, nie mdlejcienabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie" (Łk 21, 28), bo dzieje się to, na co cały czas czekałeś; bo przychodzi Ten, z któ­rym cały czas obcowałeś; do miary którego przykładałeś nieustannie swoje życie i mia­łeś tylko jeden problem: czy to się Bogu podoba, czy nie?

Czy tak żyjemy? Czy planując i zamierzając cokolwiek, wchodząc w jakąkolwiek sytuację i rozwiązując nasze problemy, stawiamy sobie jedno pytanie: Pa­nie Jezu, czy podoba się Tobie to, co w tej chwili robię, o czym myślę, co zamierzam? Pokaż, jaka jest Twoja miara. Dostosuję się do niej. A jeżeli nie mam ochoty, aby postąpić wedle tego, choć wiem, że to jest słuszne, to pro­szę: Panie Boże, zrób coś ze mną, abym nie musiał kiedyś mdleć ze strachu, ale żebym wy­pełnił Twoją, a nie swoją wolę.

I dlatego Psalmista mówi: skoro wiem o tym wszystkim, to jest tylko jedno sensowne wyjście: „Daj mi poznać drogi Twoje, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścież­kami. Prowadź mnie w prawdzie według swych pouczeń, Boże i Zbawco, w Tobie mam nadzieję" (Ps 25, 4-5). Ale jeżeli mam poznać Twoje drogi, jeżeli mam się nauczyć chodzić Twoimi ścieżkami, to muszę czytać i słuchać, co do mnie mówisz. Muszę patrzeć na Ciebie, jak ty To robisz, Jezu, bo inaczej nic ze mnie nie będzie. Inaczej Adwent przeżyję na sposób pogański.

Pan Jezus mówi: „Uważaj, nie obżeraj się, nie upijaj, nie pozwól, żeby cię troski doczesne zniszczyły". Widzimy, jak świat się obżera: idą święta, więc zakupy, promocje w supermarketach, kiermasz na Rynku, szopka. Wszystko już jest. Świat niech sobie tak żyje, a chrześcijanin przygotowuje się na przyjście Jezusa. On jest in­ny. Pan Jezus mówi: „Uważaj! Spotkasz towarzyszy swojej ziemskiej niedoli, którzy pły­ną po wspólnej szerokiej drodze, która prowadzi do zguby. A droga, która prowadzi do królestwa, jest jakże wąska, dlatego niewielu jest takich, którzy na nią wchodzą". Wchodźmy na tę dro­gę. Wszystko mamy już powiedziane. Na tym polega pomyślna zapowiedź, którą Bóg wypełnił. My ją mamy. Na sądzie Bożym największa odpowiedzialność będzie za to, że wszystko otrzymaliśmy, wszystko zostało nam powiedziane, a myśmy to zlekceważyli.

Jak uczeń przychodzi na egzamin i nic nie wie, nauczyciel mówi: Po coś przyszedł? Po coś chodził na zajęcia? Bądźmy chrześcijanami naprawdę. Zauważmy jedną rzecz, to nie jest obowiązek, ale przywilej, łaska. Bóg oświecił moje życie, nie muszę chodzić w ciemności. Wykorzystajmy tę wielką szansę.

Więcej w: "Materiały Homiletyczne" 2009, nr 254 B/C