- Strona główna
- „BĄDŹMY ŚWIADKAMI MIŁOŚCI”
- 3. niedziela Adwentu
3. niedziela Adwentu
ks. Rafał Kowalski, 13.12.2009 Maranatha, czyli są powody do radości
Myślę, że
zgodzicie się ze mną, że wielu ludzi wokół nas jest zmęczonych życiem,
wypalonych tak, że nic im się nie chce, smutnych, zdezorientowanych,
wystraszonych, samotnych. Takie są moje obserwacje, ale myślę, że nie są
błędne. Rozmawiam z ludźmi i widzę, jak my potrzebujemy czegoś, co by nas na
moment ucieszyło, poruszyło. Przyznam się, że jest to niesamowite przeżycie
rozmawiać na przykład z kimś, kto po długim poszukiwaniu znalazł pracę. (Może
ktoś z was przeżywał podobną sytuację). Taki człowiek rozpromieniony opowiada,
jak jest mu dobrze, jak jego życie się zmieniło, cieszy się niemal każdym
szczegółem. Naprawdę cieszę się razem z innymi, gdy słyszę:
Proszę księdza – niech ksiądz zobaczy nasze nowe mieszkanie, jakie
cudowne, jakie piękne... Teraz żyje się inaczej...
Proszę księdza ten nowy samochód... Wie ksiądz, jak on mało pali, a jaki
wygodny, a w testach na bezpieczeństwo zajął pierwsze miejsce...
Proszę księdza dostałam się na studia, mam za sobą poważny egzamin,
osiągnąłem sukces...
Proszę księdza lekarze powiedzieli, że mama ma duże szanse na przeżycie
tej operacji, proszę księdza syn będzie chodził...
Cieszę
się, ale i w duchu uśmiecham, bo wiem, że jest taki głos w człowieku, który nam
mówi, że to jednak nie to, że potrzebujemy czegoś innego, czegoś więcej. Nigdy
nie zapomnę rozmowy z kobietą, która mówiła: proszę księdza – myślałam, ze jak skończę studia będę szczęśliwa.
Skończyłam i niewiele się zmieniło. Później - jak wyjdę za mąż będę szczęśliwa
- no nie zawsze, jak dziecko urodzę... cały czas czegoś mi brakuje. Różnie ludzie
próbują sobie z tym głosem radzić. Poszukują! Ale uwierzcie mi, większość tak
naprawdę nie chce: samochodu, kariery, pieniędzy, imprezy, alkoholu, seksu.
Chce tylko, żeby im to na moment dało radość, żeby to ich na moment ucieszyło. Ale
za chwilę słyszę: eee znudziło mi się –
wczoraj przy tej nowej grze siedziałem do
północy, a dziś mnie już nudzi. To jest ogromna szansa, że mamy w sobie ten
głos.
Zobaczcie –
dziś czytania biblijne mówią wyraźnie o radości: podnieś radosny okrzyk, ciesz się i wesel, wyśpiewuj, radujcie się
zawsze... można mnożyć te wezwania i myślę, że każdy się chętnie pod nimi
podpisze. Chciałbym się radować, chciałbym, żeby mnie coś ucieszyło. Ale jak?
Ale co?
Moi drodzy -
od początku Adwentu towarzyszy nam wołanie „Maranatha". Najczęściej kojarzymy
je z pierwszymi wiekami chrześcijaństwa i z wielką tęsknotą za Chrystusem, a właściwie
za Jego powrotem. Nie chcę stwierdzić, że ta tęsknota jakby osłabła, ale myślę,
że dziś dla niewielu z nas, nawet obecnych na tej Mszy Świętej ten zwrot jest
źródłem radości. Boję się, że nie chodzi tu jedynie o niezrozumienie znaczenia
wypowiadanego słowa. (Chociaż to też. Bo spróbujcie zapytać po prostu ludzi na ulicy,
co oznacza „Maranatha". Dla wielu to brzmi jak zaklęcie, swoistego rodzaju hokus-pokus). Ale zobaczcie, że dziś oferuje się nam o wiele więcej - źródeł radości.
Trudno się zatem dziwić, że jakoś do wykrzyczenia tych słów raczej nam się nie
spieszy.
Tymczasem
okazuje się, że właśnie to wołanie powinno wywołać nasz uśmiech... Nie ten
sztuczny... ale prawdziwy, wynikający z tego, że moje serce się cieszy. Otóż
ścisły sens wołania „Maranatha" można odczytać zarówno jako prośbę Przyjdź, Panie Jezu, ale także jako stwierdzenie
Pan przyszedł. I właśnie ten zwrot w
pierwszych wiekach chrześcijaństwa wiązał się z Mszą Świętą. To znaczy, że
nasza radość nie jest tylko i wyłącznie kwestią przyszłości (często się
powtarza, że nasza religia naucza, iż teraz mam się smucić, teraz mam cierpieć,
teraz nie wolno mi się cieszyć, a za to w przyszłości będę szczęśliwy). Okazuje
się, że ja tu i teraz mam się z czego cieszyć. Pan jest! Jest tu! Nie jestem
sam! Bóg jest blisko mnie, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiem, nawet jeśli tego
nie czuję.
Nie
widzę zaskoczenia na waszych twarzach. To takie oczywiste. Ładnie ksiądz mówi, ale jak wyjdę z kościoła, czekają mnie zakupy
świąteczne, a jeszcze z mamą do lekarza trzeba pojechać, a może jutro spotkać
się z niezbyt miłym szefem. Bóg zapłać za dobre słowo.
Zobaczcie, że
problem leży gdzie indziej. To papież Benedykt XVI zauważył, że dziś realne dla
człowieka jest tylko to, co namacalne, co dotknę: władza i chleb. Zobaczcie,
czy to nie są nasze źródła radości. A Bóg i rzeczy Boże wydają się jakby
nierzeczywiste, to znaczy niewarte uwagi. Idąc dalej można powiedzieć, że
źródłem radości jest to, co namacalne, a Bóg, jeśli chciałby żebyśmy naprawdę
cieszyli się z Jego obecności, powinien się ukazywać, udowodnić, że jest Bogiem.
Powiem wprost - powinien dostarczyć nam takich źródeł radości, które będą
prawdziwą sensacją, które zagłuszą wszystkie pozostałe. W ten oto sposób, aby
uszczęśliwić człowieka, trzeba mu dostarczyć „chleba i igrzysk": jeszcze jedną
komisję śledczą, kolejną sprzeczkę kłótnię o krzyż, o takiego czy innego
księdza. Na moment ludzie zapomną, że chcą czegoś więcej.
Nie wiem, co musiałoby
się wydarzyć w Twoim życiu, byś powiedział: jestem naprawdę zadowolony,
szczęśliwy? Wiem jedno, że ta niedziela nie bez powodu jest jednym z etapów
przygotowania do świąt. Jeśli dziś powodem do radości nie jest Chrystus
spotkany w tej Eucharystii, Boże Narodzenie może pozostać jedynie na poziomie
chleba i później powiem, że to jakoś nie tak sobie je wyobrażałem. Bóg jest
blisko mnie: w mojej rodzinie, mojej pracy. Jest ze mną, gdy cieszę się z
nowego mieszkania i smucę, szukając pracy. Jest ze mną, gdy przeżywam chwile
trudne związane z chorobą najbliższych, operacją, a może i niepokoje związane z
przygotowaniem do świąt. Jest ze mną. I jeśli jeszcze nie potrafię wykrzykiwać
z radości, to może wpatrując się w białą hostię podziękuję w sercu, tak
zwyczajnie, po cichu, za to, że jest i zawsze będzie...