- Strona główna
- „BĄDŹMY ŚWIADKAMI MIŁOŚCI”
- 4. niedziela Adwentu
4. niedziela Adwentu
ks. Rafał Kowalski, 20.12.2009 Powtórzenie
materiału
Dobry nauczyciel doskonale
zdaje sobie sprawę, że przed końcowym dzwonkiem dobrze jest raz jeszcze powtórzyć
to, co jest najważniejsze. Tutaj każdy z nas mógłby podać przykłady dobrych
pedagogów i wiemy, jak ważne jest, by w tym gąszczu wiadomości, które docierały
do nas przez cały wykład czy lekcję, uwypuklić to, co powinniśmy zapamiętać.
Wtedy zdecydowanie łatwiej się uczy i zapamiętuje to, co stanowi istotę
problemu. Rozpoczynam od tego, bo odnoszę wrażenie, że dziś Bóg dba o to, byśmy
przed zakończeniem Adwentu nie przeoczyli sprawy najważniejszej. Zobaczcie – do
świąt zostało kilka dni i w tym gąszczu informacji, które do nas docierają: o
kolejnych świątecznych promocjach, o ostatnich przepychankach politycznych,
(Wrocław żyje debatą o obecności krzyży w szkołach), o problemach premiera
Włoch i takiej czy innej gwiazdy Bóg chce uwypuklić to, co powinno w nas
pozostać.
W tej powtórce pomaga nam
Maryja, a ściślej mówiąc – Jej postawa, tak wspaniale określona przez Elżbietę:
„Błogosławiona jesteś, bo uwierzyłaś, że spełni się to, co Bóg Ci obiecał". Zwróćcie
uwagę, ze Elżbieta nie mówi: „błogosławiona, bo będziesz matką", nie mówi
nawet: „błogosławiona, bo zostałaś wybrana", ale: „błogosławiona, bo
uwierzyłaś". Ja tutaj nie dokonuje nadinterpretacji ani przeinaczenia jeśli
powiem: „błogosławiona, bo zaufałaś". Wielkość Maryi polega na tym, że
odpowiedziała „tak" na wezwanie nieba. Pozwoliła działać Bogu i zaufała, że
skoro On coś zaplanował, to dalej to poprowadzi.
Wprawdzie ojcowie
Kościoła mawiali, że jak niepodobna dwa razy wejść do tej samej rzeki, tak nie
można tego samego fragmentu Pisma Świętego czytać i rozumieć tak samo, jednak
mam wrażenie, że niebezpieczne dla nas jest to, że wysłuchaliśmy (a mówiąc my
mam na myśli nas wszystkich – siebie także) już wiele kazań na temat życia
Maryi. Zobaczyliśmy też wiele pięknych i świętych obrazów przedstawiających
różne momenty z historii Matki Jezusa. Może przyzwyczailiśmy się do takiego
sielankowego obrazu: pojawia się piękny anioł, Maryja rozmodlona odpowiada,
później odwiedza swoją krewną. Tymczasem chcę dziś to wszystko odłożyć (żeby
nie powiedzieć zburzyć), by uświadomić jak niesamowicie trudne to były chwile.
Przyznam,
że uświadomiłem to sobie, czytając opowieść pewnego człowieka, który przebywając
na pustyni trafił do jednego z plemion. W czasie tego pobytu spotkał dwoje
młodych ludzi. Zapamiętał ich. Byli tacy radośni. Zwierzyli mu się, że chcą być
razem. Po jakimś czasie wrócił w to samo miejsce i dopytywał się o tych młodych.
Wszyscy twierdzili, że takich ludzi tam nie było. W pewnym momencie podszedł do
niego młody człowiek, wziął go na bok i pokazał gestem, co się stało. Poczęli
dziecko przed ślubem i oboje zapłacili za to życiem.
Przytaczam
to opowiadanie, by zwrócić uwagę, w jakiej sytuacji znalazła się Maryja,
udzielając odpowiedzi aniołowi. To było ogromne ryzyko. A ona uwierzyła, że Bóg
jakoś to rozwiąże. Skoro Bóg woła to jakoś to ma plan i on już zna kolejne
etapy tego planu. Po ludzku wszystko mówiło: „nie", albo przynajmniej
„pertraktuj", „zapytaj, jakie Bóg proponuje zabezpieczenie twojej przyszłości".
Wszystko było na nie: rozpoczynając od myślenia (przyznajcie – tak bardzo
bliskiego nam) o tym, co inni powiedzą, a kończąc na zwyczajnej ludzkiej
niepewności: jaki będzie ciąg dalszy?
Tymczasem Bóg nie ma w zwyczaju podawać planów
szczegółowych. Do Abrahama powiedział: „wyjdź z twojej ziemi", do Maryi: „oto
poczniesz Syna". Później ten Syn powie do Apostołów: „Pójdźcie za mną" – tylko
tyle! Zostawia proste wezwanie i oczekuje całkowitej dyspozycyjności. Przyznajmy,
że jesteśmy pokoleniem, któremu tej dyspozycyjności, tej wiary brakuje. To być
może jest powodem tego, że święta wielu chrześcijan to jedynie „ofiary, dary i
całopalenia" (o których mówi autor Listu do Hebrajczyków) czyli – mówiąc
prościej: choinka, prezenty, dobre jedzenie i program telewizyjny. Powiedzcie,
czy nie macie wrażenia, że Bóg pragnie uchronić nas przed niewłaściwym przeżywaniem
zbliżających się świąt? Ta postawa Maryi i to zdanie o ofiarach i darach czysto
zewnętrznych, jakby demaskują religijność dzisiejszych chrześcijan. Łatwiej jest
pozostać na powierzchni, by przypadkiem nie zapytać – co dalej? Jaki program
szczegółowy przewidział dla mnie Bóg-Człowiek? Na co godzę się świętując Boże
Narodzenie? Może są wśród nas osoby, które poza przygotowaniem zewnętrznym,
zakupem prezentów i zaopatrzeniem lodówki, nie zrobiły tak naprawdę nic. Zaraz
zadzwoni dzwonek, więc zostało niewiele czasu, by może skorzystać z sakramentu
spowiedzi, wysłać życzenia, zadzwonić do tych, z którymi trudno nam się
pogodzić, a może zaprosić do siebie kogoś na święta.
Naszą powtórkę wspaniale
wieńczy modlitwa kończąca liturgię. Prosimy w niej, by nasza gorliwość
wzrastała w miarę zbliżania się święta. To tak, jak sportowcy usiłują utrafić z
formą na najważniejsze zawody. Różnica polega na tym, że oni trenują licząc na
własne siły, a my po raz kolejny błagamy, by Bóg w nas tego dokonał. Wielkie
rzeczy dokonują się, gdy człowiek pozwala Jemu działać. Pozwolisz?