Święto św. Szczepana

ks. Rafał Kowalski, 26.12.2009

Widzący wśród niewidomych

Powiedzcie – proszę czy czuliście się chociaż raz niezrozumiani przez innych, może nawet odrzuceni, wykluczeni z grupy, mimo iż nie byliście winni? Ostatnio głosiłem rekolekcje dla duszpasterstwa akademickiego i jednej rzeczy nie mogłem zrozumieć. Gdy rozmawiałem z tymi studentami, którzy przecież są bardzo zaangażowani, należą do różnych grup religijnych, czytają, rozważają Pismo Święte, modlą się, uczestniczą w Eucharystii nie tylko w niedzielę, wielu z nich mówiło, że ma pewne opory, boi się na uczelni, w akademiku, czy niektórzy w pracy, przyznać do swojej wiary. Nigdy nie zapomnę jak jeden z nich składając świadectwo, powiedział: „dziękuję, że przy was nie musiałem się wstydzić modlić...". Zapanowała cisza, a on dodał „jak klękam do modlitwy u siebie na stancji, to moi koledzy śmieją się ze mnie". I opowiadał dalej, że nie zapraszają go na spotkania towarzyskie, bo on jest za bardzo wierzący. Może ktoś z was to przeżywał, że w gronie znajomych toczyły się dyskusje na temat Kościoła, wiary, Boga i czuliście, że powinniście zareagować, a jednak zaraz pojawiał się strach, paraliż, bo jak się odezwę, jak się upomnę to mnie wyśmieją, przegadają i tak nie mam szans. A może nawet odrzucą i więcej nie zaproszą.

Zwracam na to uwagę właśnie dziś, kiedy wpatrujemy się w św. Szczepana - pierwszego męczennika. Tutaj mamy wyraźne stwierdzenie, że gdy Żydzi usłyszeli to, co mówił, natychmiast wyrzucili go za miasto, w sercach pojawił się gniew i „zgrzytali zębami na niego". To zgrzytanie zębami widać (właściwie powinno się powiedzieć słychać) doskonale w internecie. Popatrzcie – jak to jest, że czegokolwiek by nie dotyczyła informacja rozmowa internautów schodzi na Kościół. Ja już nie mówię o tym, gdy wiadomość (czy tzw. news) dotycz wiary czy religijności. Tam najczęściej już od pierwszego komentarza mamy ubliżanie, wyrzucanie żali czy wyśmiewanie ludzi wierzących. Popatrzcie się na dyskusje pod artykułami na temat obecności krzyży w szkole. Od razu: winni księża, wredny Kościół, mafia itd.  Zgrzytanie zębami – to jest ciekawe określenie. Święty Łukasz – autor Dziejów Apostolskich wyjaśnił od razu, skąd ono się bierze - nie mogli sprostać mądrości św. Szczepana.

Jeśli mogę pozostać przy tym temacie krzyża w szkole. Miałem możliwość uczestniczyć w debacie (czyli w takiej rozprawie) zorganizowanej przez dyrektora. Po dwóch stronach usiedli autorzy petycji o to, by krzyże usunąć i ci, którzy uważali, że krzyż powinien pozostać, że chcą go. Myślałem sobie wówczas o tej rozprawie św. Szczepana z przedstawicielami różnych synagog (Libertynów, Cyrenejczyków, Aleksandryjczków itd.). Przeciwnicy krzyża wobec ogromnej liczby argumentów przytaczanych przez tych, którzy krzyża bronili – (św. Łukasz by napisał): nie mogli sprostać i uciekali się do pewnych sloganów, żalili się w mediach, że ich niepoważnie potraktowano. Po prostu zgrzytali zębami. Myślę, że czujecie, co oznacza to określenie.

Ale problem był inny. Tu nie chodziło o to, że św. Szczepan był mocniejszy w mowie czy miał lepsze argumenty. On widział więcej niż jego przeciwnicy. Zwróćcie uwagę - my wszyscy widzimy w tym kościele ambonę, ołtarz, widzicie mnie, ja widzę was i to wydaje się normalne. Gdyby ktoś wstał i powiedział: „widzę ten obraz" - wszyscy by odpowiedzieli – „my też go widzimy". Ale gdyby ktoś wstał i powiedział: „tam nad ołtarzem widzę anioła". Boję się, że popatrzylibyśmy na niego z politowaniem: „tak tak - widzisz anioła...". Kochani, to że my czegoś (albo kogoś nie widzimy), nie znaczy, że tego nie ma. Szczepan nie mógł mówić inaczej, nie mógł postępować inaczej - bo on widział niebo otwarte i Jezusa, który stoi po prawicy Boga. Tego nie mogli znieść - bo oni tego nie widzieli.

Jest taka książka Miasto ślepców. Kilka dni temu ją czytałem. Fabuła jest bardzo prosta: po mieście rozchodzi się jakaś choroba, że wszyscy tracą wzrok. Widzi tylko jedna kobieta. Wprawdzie opisy nie nadają się do przytaczania w czasie Eucharystii, ale wyobraźcie sobie - ona patrzy na tych ludzi, którzy się przewracają, obijają o ściany, którzy nie potrafią zdobyć nic do jedzenia. Ona to widzi. Ona się nie przewraca, potrafi ominąć przeszkodę, ona może nawet ich karmić. Książka mnie nie zachwyciła, ale pomyślałem sobie, że to ciekawy obraz świata: chrześcijanin na być widzącym wśród niewidomych. Widzących jest o wiele mniej! Ale to oni wiedzą, czym się karmić (i nie mówią tu o jedzeniu, które kupujemy w sklepie, ale jakie treści do siebie dopuszczać: widzący nie musi wszystkiego sprawdzać: jadalne czy nie) oni widzą, którą drogą iść. Można odnieść wrażenie, że widzącym jest o tyle trudno, że mogą być często niezrozumiani, przez tych, którzy nie widzą. Zobaczcie - Żydzi nie byli w stanie pojąć: jak on widzi Jezusa.

Gdybyś powiedział, że w czasie tych świąt widziałaś Jezusa. Gdybyś powiedział, że Jezus narodził się w twoim domu, w twojej rodzinie i dlatego już rezygnujesz z plotek, obmów, prosisz kolegów, by cię nie wciągali w nieuczciwe gry, czy zachowania, które nie przystoją chrześcijaninowi - boję się, że wielu z was byłoby wyrzuconych. Słyszysz żeby ktoś po świętach mówił o tym, że Bóg stał się człowiekiem? Nie raczej mówi się o prezentach, o odwiedzinach u znajomych, a przecież On tu wśród nas jest. Widzicie Go?

W tej książce ślepota była zaraźliwa (w naszym świecie - mam wrażenie - zaraźliwa jest ślepota na Boga), ale jestem przekonany, że widzący może zarazić widzeniem tych, którzy jeszcze nie widzą. Ten rok duszpasterski przeżywamy pod hasłem Bądźmy świadkami Miłości. To znaczy - pozostań widzącym nawet, jeśli żyjesz wśród niewidomych. Pozostań świadkiem tego, co widzisz, co przeżywasz, nawet jeśli oznacza to niezrozumienie, a nawet wyrzucenie. Przecież to nie ty jesteś winny...