3. niedziela zwykła

ks. Aleksander Radecki, 23.01.2010

Ne 8, 1-4a. 5-6. 8-10; 1 Kor 12, 12-30; Łk 1, 1-4; 4, 14-21.

TOLLE, LEGE!

W niezwykły sposób powracający z niewoli babilońskiej Izraelici rozpoczęli swoją egzystencję w Jerozolimie: zażądali od kapłana Ezdrasza publicznego odczytywania Prawa Bożego! Pewnie analizując historię własnego narodu, rozumieli to, co w polskim przysłowiu brzmi: „Bez Boga ani do proga". Ci wygnańcy, zasiedlając miasto, chcieli mieć jasne światło na swojej „nowej drodze życia".

Jesteśmy aktualnie świadkami tego, jak Europa - a w niej, niestety, także Polska – zdaje się z uporem podcinać korzenie, z których wyrastamy. Zamiast Księgi Ksiąg, zawierającej Prawo Boże, mnożymy księgi ludzkiego bez-prawia (!) i – o zgrozo – wielu z nas chętnie je czyta, akceptuje, a nawet propaguje jako wygodniejsze, ciekawsze, nowoczesne, niosące konkretne ziemskie (!) szczęście już tu i teraz.

Widok stojącego na drewnianym podwyższeniu Ezdrasza, i widok Jezusa, który w rodzinnym Nazarecie powstał w synagodze, by czytać i komentować Księgę proroka Izajasza, skłaniać nas powinien do postawienia sobie samemu pytania: jaki jest mój stosunek do ogłaszanego mi w Kościele Słowa Bożego, jaki jest mój stosunek do osobistej lektury Biblii?

W jednym ze swych rozważań w niezwykle cennej książeczce „Ksiąg biblijny" R. Brandstaetter napisał gorzkie słowa pod adresem nas, chrześcijan:

„Popatrzmy prawdzie w oczy. Wielu ludziom Pismo Święte wydaje się być niepotrzebne do życia i wiary. Wierzą w Chrystusa, nie wiedząc, kim On jest. Ich wiedza o Bogu-Człowieku składa się z kilku prawd katechizmowych i z luźnych, nie powiązanych z sobą opowiadań ewangelicznych. Można zaryzykować twierdzenie, że szerokie rzesze katolików wierzą w Chrystusa, nie znając Pisma Świętego. Nie kwestionuję szczerości ich uczuć religijnych, ale trudno nie zauważyć, że taka świadomość wyznaniowa, oderwana od swoich historycznych korzeni, przeobraża się w praktyce w mitologię o prymitywnych treściach".

Przyznajmy: tak właśnie jest! Wystarczy najmniejsza trudność, najprostsza konfrontacja nauki Chrystusa z realiami życia, by ujawniła się jakość „podłoża" naszej wiary (= piach, nie skała). Brandstaetter zdemaskował naszą awersję do lektury Biblii – i znów trudno będzie zaprzeczyć logice jego wywodów:

„Niechęć człowieka do codziennego czytania Pisma Świętego jest najczęściej owocem lenistwa, biorącego swój początek w uczuciu trwogi przed konfrontacją z prawdą Boga. [...] Chrystus żądał od ludzi, by czcili to, co znają".

Odkrytej Prawdy nie wolno nam jednak zachować jedynie dla siebie. Skoro - jak przypomina nam św. Paweł - stanowimy jedno Ciało Chrystusa, czyli Jego Kościół – nie może być nikomu z nas obojętny los nawet najmniejszych jego członków, gdyż w jednym Duchu zostaliśmy ochrzczeni. Ta „komunikacja" poszczególnych członków mistycznego Ciała Chrystusa ma być apostolstwem, ożywianym prawdziwą miłością. Tak jak np. losy ręki, nogi czy oka mają wpływ na inne części organizmu i jego sprawne funkcjonowanie, tak chrześcijanin nie może deklarować obojętności (obecnie nazywa się to „tolerancją!") wobec kogoś, kto Chrystusa jeszcze nie poznał, albo Go zdradził, wybierając życie w grzechach.

Owszem, to prawda, że wmawia się nam coś zupełnie innego, wzywając do „sprywatyzowania" wiary, ukrycia jej na rzecz absolutnej laickości. Ale Chrystus żąda od swoich czegoś zupełnie innego, gdyż kto się Go zaprze przed ludźmi, tego zaprze się i On przed swoim Ojcem, który jest w niebie (por. Mt 10, 33). Ponieważ zaś w Bożym planie zbawienia „nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli umieramy, umieramy dla Pana" (Rz 14, 7-8), zatem: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody..." (Mt 28, 19).

Świadczyć o Panu Jezusie może tylko ktoś, kto Go spotkał, poznał i pokochał. A jak to zrobić bez Biblii, skoro „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa"? Przejmujące słowa wypowiedział św. Jan Złotousty:

„Chrześcijanin nie dbający o zbawienie bliźniego jest najbardziej nieczułym z ludzi. [...] Czy zaczyn włożony do mąki będzie nim prawdziwie, jeżeli jej całej nie zakwasi? [...] Nie mów: Nie mogę pociągnąć innych za sobą. Bo jeżeli jesteś chrześcijaninem, to tak się stać musi. Natura nie znosi sprzeczności, a więc i do istoty chrześcijaństwa należy pociągać ku sobie innych. Nie znieważaj Boga! Gdybyś powiedział o słońcu, że nie może świecić, to kłam mu zadajesz. A gdy mówisz, że chrześcijanin nie może być użyteczny, to znieważasz Boga i czynisz Go kłamcą. Bo łatwiej jest słońcu nie ogrzewać i nie świecić, niż chrześcijaninowi nie być światłością. [...] Otóż nie może się ukryć światłość chrześcijanina, nie da się przesłonić tak mocne źródło światła".

Wróćmy jeszcze raz na moment do Ezdrasza. Odpowiedzią ludu, który w skupieniu słuchał, jak ów kapłan czytał dobitnie Boże Słowo, było „Amen!" potwierdzone jeszcze dodatkowo wzniesionymi w górę rękami i pokłonem do ziemi. Zaś „amen" oznacza: na pewno; tak chcę; tak wierzę, tak niech się stanie. Na takie „amen" chrześcijanina czeka nieustannie Chrystus w swoim Kościele, ale czeka na nie z nadzieją także cały poraniony i zagubiony duchowo świat.