- Strona główna
- „BĄDŹMY ŚWIADKAMI MIŁOŚCI”
- 4. niedziela zwykła
4. niedziela zwykła
ks. Aleksander Radecki, 31.01.2010 Jr 1, 4-5. 17-19; 1
Kor 12, 31 - 13, 13; Łk 4, 21-30.
Dzisiaj!
Byłoby świetnie, gdybyśmy
odważyli się przeczytać tekst Hymnu o
miłości św. Pawła, mając do dyspozycji kartkę i długopis. Chodzi o to, by wynotować
własnoręcznie cechy prawdziwej miłości (a przecież tęskni za tym skarbem każdy
z nas!) i zmierzyli, jak nam do tego ideału daleko. Taka miłość przez duże M jest:
cierpliwa, łaskawa, wolna od zazdrości, bezwstydu... – a przede wszystkim nigdy
nie ustaje! Oczywiście, że jest to najdoskonalsza z dróg, ale czy nas, uczniów
i naśladowców Chrystusa, może zadowolić czy zaspokoić jakakolwiek namiastka czy
wręcz falsyfikat miłości?
Na
Miłości, o której uczy kochający nas bezgranicznie Bóg, musi się znać każdy z
nas, ponieważ miłość jest przykazaniem, obowiązkiem, zadaniem, z którego będziemy
zdawali najważniejszy egzamin końcowy w dniu Sądu Ostatecznego. Czujemy
wyraźnie, że na tym egzaminie będziemy odpytywani z konkretów, z DOWODÓW
miłości. Słowa, uczucia, nastroje, emocje itd. – to wszystko może być,
niestety, niewiele warte w oczach Bożych, gdy braknie fundamentu, czyli posłuszeństwa Jego woli. Tak więc jeśli
naprawdę realizuję pierwsze z przykazań („Będziesz miłował Pana, Boga Twego, z
całego serca, z całej duszy...") chcę być we wszystkim Bogu poddany, posłuszny. Kocham
= słucham i jestem posłuszny!
Prorok
Jeremiasz stanął wobec Bożego wezwania: „Wstań i mów wszystko, co ci rozkażę".
Także dziś Jezusowe wezwanie „Pójdź za Mną" słyszy wielu ludzi - kobiet i
mężczyzn, ale nie ma w nich tej gotowości i odwagi, by powiedzieć: „Oto
jestem!". Dlaczego? Bo wychowujemy (jeśli w ogóle to pojęcie jest zrozumiałe i
funkcjonuje wśród rodziców czy nauczycieli) duchowych mięczaków, którzy nie podejmą
się niczego, co wymaga ofiary; z drugiej strony ci najodważniejsi jakże często
napotkają na stanowczy opór ze strony swoich najbliższych! Sprawa liczby i jakości
powołań do życia konsekrowanego rozstrzyga się na poziomie każdej rodziny; dopiero
później wszyscy inni mogą dokładać owocnie swoją cegiełkę współpracy w tym
dziele.
Ewangelia
dnia pokazuje nam, że dopóki mamy do czynienia z teorią, z pełnymi nastroju
spotkaniami na nabożeństwach – nasza wiara wydaje się być niezachwiana. Gdy jednak pojawiają się
Jezusowe wymagania czy upomnienia – jesteśmy gotowi naszego Nauczyciela (także
w osobach kapłanów) strącić z gór, na których wznosi się nasz egoizm.
Trwa
walka o obecność krzyży w naszych szkołach, urzędach, a nawet przy drogach,
oprotestowane bywają budowy nowych świątyń, bo są znakami największej Miłości:
„Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał...". Świat bez miłości
zginie z całą pewnością!
Jeśli
Hymn o miłości dziś odczytywany burzy
nasz nie-święty spokój, jeśli niepokoi i jeszcze nas boli – Bogu niech będą
dzięki, bo wtedy nie wszystko jeszcze dla nas stracone.
Ale
jest pewien bardzo istotny warunek, który Pan Jezus wyraził w jednym słowie, skierowanym
w swoim przemówieniu do mieszkańców Nazaretu – czyli także do nas: DZISIAJ! To
wezwanie wydaje się wielu z nas, rzymskich katolików, najbardziej niebezpieczne.
Pewien
ksiądz podczas kazania zadał dzieciom pytanie: kto z was chce iść do nieba?
Podniosły się wszystkie ręce słuchaczy. – A kto chce pójść do nieba dzisiaj? Wszystkie
ręce opadły.
I
w tym problem! Moje nawracanie się, moje dojrzewanie do Miłości, moje „tak" dla
Chrystusa, musi nastąpić DZISIAJ, bo tylko DZISIAJ do mnie należy.