- Strona główna
- Kazania i homilie
- Modlitwa, post, jałmużna – trzy drogi wielkopostnej pokuty (rekolekcje, cz. I)
Modlitwa, post, jałmużna – trzy drogi wielkopostnej pokuty (rekolekcje, cz. I)
ks. Witold Ostafiński, 15.03.2010
„Oto teraz czas
upragniony, oto teraz dzień zbawienia" (2 Kor 6,3)
Od chwili posypania głów popiołem weszliśmy na drogę pokuty.
Wielki Post jest czasem powszechnej pokuty, tej wewnętrznej i indywidualnej
oraz tej zewnętrznej i zbiorowej. To czas upragniony, nie tylko przykry,
trudny, ale oczekiwany, twórczy, święty czas łaski, w którym Duch Święty
przynagla każdego, by wniknął w samego siebie i odczuł potrzebę powrotu do domu
Ojca. To czas dany od Boga, czas umartwienia i wyrzeczenia, czas poznania Boga
i siebie oraz czas odnowienia ducha. Są do tego środki: modlitwa, post i
jałmużna.
MODLITWA drogą do
wzmocnienia ducha
„Pana Boga szuka się w książkach;
znajduje się Go w modlitwie. Jeżeli dzisiejsza wiara ginie, to winić za to
trzeba brak modlitwy (....). Wy dzieci, nigdy nie zaniedbujcie modlitwy;
módlcie się często w ciągu dnia. Odprawiajcie również medytacje. Znajdziecie i
zobaczycie Pana Boga" (Alberto D'Apolito, Ojciec
Pio z Pietrelciny).
Byli młodym i bardzo kochającym się
małżeństwem. Poznali się na studiach, a właściwie w czasie spotkań z
duszpasterstwa akademickiego. Zakochali się w sobie niemalże od pierwszego
wejrzenia i nie mogli bez siebie żyć. Łączyło ich wiele: wspólna modlitwa,
nauka i plany na szczęśliwą przyszłość we dwoje. Pełni entuzjazmu pobrali się
natychmiast po skończeniu studiów. Szybko jednak rozczarowała ich polska
rzeczywistość. Brak pracy uniemożliwiał zrealizowanie planów na własne
mieszkanie, a może i dom, w którym zamieszkałaby gromadka szczęśliwych dzieci.
Wsiedli więc do samolotu i wylądowali w Londynie. Mieli dużo szczęścia, bo
niemalże natychmiast oboje znaleźli pracę. Byli przecież świetnie wykształceni
i dobrze znali język angielski. Rzucili się więc w wir pracy, by zarobić na
realizację życiowych planów i marzeń. Szybko okazało się jednak, że praca na
jednym etacie nie pozwala wiele odłożyć, a wynajęcie mieszkania i życie w
Londynie nie należy do najtańszych. Zdecydowali więc, że muszą dorobić pracą po
godzinach. I tak, kiedy on przychodził z pracy wieczorem, ona szła na noc,
kiedy on wracał z nocy, ona najczęściej szła na dniówkę. W tygodniu praktycznie
widywali się w progu, a w weekendy zmęczeni po morderczym wysiłku i najczęściej
spali. I jak kiedyś mieli czas na wspólną modlitwę, czytanie i rozważanie Pisma
Świętego, aktywny udział we Mszy Świętej teraz, kiedy liczyła się tylko praca, zapomnieli
o wszystkim. Zapomnieli także o sobie. Po kilku miesiącach on zauważył, że
między nimi jest coś nie tak, że ona znika w nocy, ale niekoniecznie jest to
związane z pracą. Przeprowadził więc z nią szczerą rozmowę, w której ona
oświadczyła mu bez pardonu, że „ja już cię nie kocham, między nami wszystko
wygasło, znalazłam sobie innego mężczyznę, który ma dla mnie czas".
Kiedy człowiek zapomni o Bogu,
zapomni o sobie samym i straci wszystko. Bez obecności Boga w naszym życiu, nie
przetrwają żadne ludzkie więzi i relacje. Bez odniesienia do Boga nie przetrwa miłość
narzeczeńska, małżeńska ani międzyludzka przyjaźń. Bez więzi człowieka z Bogiem
wcześniej lub później rozpadnie się każda społeczna, państwowa czy
międzynarodowa organizacja. Bez Boga człowiek traci sens życia.
Jeśli więc czuję się w życiu nieszczęśliwy, nic mi się nie
udaje, zaczynam tracić sens życia i tego, co robię to znaczy, że została
zerwana więź między mną a Bogiem. A tę można odbudować tylko przez modlitwę.
Modlitwa pielęgnuje nasze życie duchowe i porządkuje doczesne.
Na modlitwie człowiek odkrywa to, co w życiu najważniejsze i najistotniejsze. Dzięki
modlitwie, która podtrzymuje nasze relacje z Bogiem, nie ustają nasze wzajemne
relacje. Ona wzbudza radość, napełnia energią i nadzieją.
Tak naprawdę to Bóg nie potrzebuje naszej modlitwy. Nasza
modlitwa niczego Panu Bogu nie dodaje i brak naszej modlitwy niczego Panu Bogu
nie zabiera. To my potrzebujemy modlitwy, bo potrzebujemy Boga w naszym życiu.
„Nie samym chlebem żyje człowiek...". Do szczęśliwego życia potrzebna jest nie tylko dobrze
płatna praca, piękna willa, zawodowy sukces, ale duch Boży, który przenika
naszą ludzką słabość, wzbudza radość, napełnia energią i nadaje sens
naszemu życiu. Słusznie Jan
Paweł II pisał kiedyś, że „Dramatem dzisiejszej kultury jest brak życia
wewnętrznego, nieobecność kontemplacji. Bez życia wewnętrznego kultura traci
swoją istotę, jest jak ciało, które nie znalazło swej duszy. Kiedy brak jest
ducha kontemplacji, nie obroni się życia i następuje wypaczenie wszystkiego, co
ludzkie".
Modlitwa jest trudną rzeczą. Kiedy
jest klimat, nastrój, łatwo jest się modlić. Prawdziwa modlitwa sprawdza się jednak
na pustyni, wtedy, kiedy człowiek otoczony jest nieprzyjaznym klimatem, tym, co
wrogie człowiekowi, kiedy jest osaczony. Wtedy sprawdza się modlitwa, kiedy osaczeni
jesteśmy swoimi pokusami, namiętnościami, pychą, wrogością innych, kiedy jesteśmy
krzywdzeni. Modlitwa nie może być tylko słodka: „Panie Jezu ofiaruję Ci
wszystkie moje krzyże". Modlitwa musi być prawdziwa. Prorocy zadawali Bogu
trudne pytania „czemu patrzysz na sprawiedliwego, który jest gnębiony przez
nieprawego... czemu zło zwycięża?" i jednocześnie cierpliwie wyczekiwali pociechy,
szukając Bożego światła. Oni na modlitwie podzielili się z Bogiem tremendum swego życia, tym, co trudne, co boli. Prorocy wiedzieli, że
wypowiedzenie przed Bogiem bólu ludzkiej egzystencji nie czyni życia łatwiejszym,
ale JAŚNIEJSZYM. Pierwszym owocem rozmowy człowieka z Bogiem nie jest łatwość,
ale światło. Nie możemy oczekiwać, że Bóg w odpowiedzi na naszą modlitwę zabawi
się w czarodzieja i da nam natychmiast to, czego sobie życzymy. Św. Łukasz
Ewangelista opisuje, że kiedy Jezus modlił się w Ogrójcu, i cierpiał w trwodze
konania wtedy anioł z nieba stąpił i umacniał, pocieszał Go (por. Łk 22,39-46).
Wtedy Jezus nie zaprzestał modlitwy, ale jeszcze USILNIEJ się modlił. Wypowiadając
na modlitwie swoje cierpienie przed Bogiem otrzymujemy siły, odwagę, żeby
wytrwać, jeszcze głębiej się modlić i przeżywać życie. Wchodząc w relację z Bogiem
w ciężkich chwilach zdobywamy światło dla życia, znajdujemy sens trudu i
cierpienia, dla którego jesteśmy w stanie znieść wiele, bo wiemy, dla kogo i z
kim cierpimy. Ale takiej modlitwy się nie produkuje, na takiej modlitwie
wchodzi się w dialog z Bogiem, a człowiek daje się prowadzić. Ona wymaga
wielkiego wysiłku i walki, aż do ostatniego tchnienia.
Tego rodzaju
modlitwy, która jest rozmową z Bogiem, szukaniem jego woli i walką ze sobą nie
można się nauczyć. Można tu być jedynie pewnym Bożej pomocy zawartej w
obietnicy „Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch
przyczynia się za nami w błaganiach..." (Rz 8,26). Modlitwa to wysiłek. Tylko
faryzeusze mieli złudzenia, że modlitwa przychodzi łatwo i że jest
spektakularna. Stąd Jezus mówi „Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy.
Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom
pokazać" (Mt 6,5). Na modlitwie człowiek staje przed Bogiem z całym sobą, ze swoimi
kłopotami i sukcesami. Istotą jednak modlitwy nie są nasze ludzkie konflikty i
poranione relacje z bliźnimi, lecz relacja do Boga „ty zaś gdy chcesz się
modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który
jest w ukryciu" (Mt 6,6). Jeśli chcemy nawiązać kontakt z Bogiem i wytrwać w
modlitwie, musimy zamknąć drzwi dla naszych przeżyć, nie brać ze sobą tego
wszystkiego, co nas obciąża. Niepokój, troski, wypędzają nas ze świątyni i
uniemożliwiają nasze spotkanie z Bogiem, który nie ukrywa się przed nami, ale
jest zakryty przez nas naszymi własnym troskami i przeżyciami. Jeśli jednak
człowiek zdystansuje się od tego wszystkiego, co go obciąża Bóg potrafi przebić
skorupę naszego egoizmu i otworzyć nas wewnętrznie „a Ojciec twój, który widzi
w ukryciu, odda tobie". Człowiek boi się samotności, bycia sam na sam z Bogiem,
bo to obnaża nasze słabości, pustkę, budzi niepokój i dręczy nasze sumienie.
Nie można się modlić i żyć dwuznacznie. Na modlitwie obnaża się nasz duchowy
stan, to, co jest skarbem i kamieniem – murem oddzielającym nas od Boga.
Na modlitwie nie da się też „złapać Pana Boga za nogi". On
musi pozostać tajemnicą i tę tajemnicę trzeba kontemplować, bo więcej wiemy o tym,
kim Bóg nie jest niż kim Bóg jest. Modlitwa to zbliżanie się do Boga
prawdziwego, kochanego, upragnionego. Na modlitwie jesteśmy w sercu tajemnicy i
w tej tajemnicy trzeba trwać. Za modlitwą trzeba tęsknić. Ona nie zrodzi się z obowiązku,
ale z potrzeby serca.