- Strona główna
- „BĄDŹMY ŚWIADKAMI MIŁOŚCI”
- 15. niedziela zwykła
15. niedziela zwykła
ks. Aleksander Radecki, 11.07.2010
BĘDZIESZ MIŁOWAŁ!
Ewangelia dnia uczy,
że miłość Boga, bliźnich i siebie samego jest... obowiązkiem każdego z nas! Być
może nigdy dotąd nie spojrzeliśmy w ten właśnie sposób na przykazania (!)
miłości, w których streszcza się cała nauka chrześcijańska. Jako człowiek prawdziwie
wierzący muszę (!) kochać, gdyż od tego zależy moje życie tu i teraz, ale i mój
los po Sądzie Ostatecznym!
Ta
ludzka miłość ma być niesamowicie... konkretna! I to może być znów zaskoczenie
dla nas, którzy „bujamy w obłokach" myśląc o miłości, preferujemy namiastki
miłości, ulegamy iluzjom, emocjom, nastrojom...
Tę
naszą miłość można bardzo dokładnie zweryfikować:
– Miłość ku Bogu – posłuszeństwem Jego przykazaniom, pełnieniem
Jego, a nie swojej, woli.
– Miłość ku bliźnim – udowodnię tylko argumentami Samarytanina,
który osobiście zaangażował się w ratowanie i wspomaganie bliźniego,
poszkodowanego na trasie z Jerozolimy do Jerycha.
– Miłość siebie samego – odpowiedzialną troską o swój
wszechstronny rozwój, właściwe dbanie o brata-osiołka (ciało), o godziwe warunki
życia w codzienności.
Każdy
akt pokutny, rozpoczynający nasz udział w Eucharystii, jest w istocie
rachunkiem sumienia, opartym o pytanie: czy kochasz – czy kochasz coraz więcej,
lepiej, doskonalej? I stąd nigdy nie będziemy mogli stwierdzić, że lepiej kochać
już się nie da, że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, że osiągnęliśmy kres doskonałości
w miłości. Czy to nie fantastyczne, czy ten nakaz miłowania nie stanowi naszej
największej szansy jako ludzi – stworzonych z miłości i dla miłości?
Powstaje
pytanie: jak uczyć się miłosiernej miłości, skoro nasz start w życie to start
egoistów-terrorystów? (Kto nie wierzy, niech dokładnie przyjrzy się
niemowlętom; ich egoistyczny „terroryzm" gwarantuje im przetrwanie. Rzecz w tym,
że wielu z nas nigdy z takiej postawy nie wyrasta...).
Uczenie
się miłości miłosiernej to proces, trwający przez całe życie. Zawsze będzie
musiał obejmować następujące postawy:
– Ujrzeć człowieka w taki sposób, by poznać jego duchowe
czy materialne potrzeby i problemy. To wymaga zatrzymania się, poświęcenia
swojego czasu i uwagi. (Przyznajmy: ciągle się spieszymy i wolimy nie wiedzieć,
nie widzieć, nie słyszeć – bo po co komplikować sobie życie?).
– Wzruszyć się – na tyle głęboko, by umożliwiało wczucie
się w sytuację potrzebującego pomocy. (Zauważmy, że większość tych potrzeb wyrażana
jest w sposób niewerbalny i domaga się inicjatywy z naszej strony!). Owa empatia
to coś więcej, niż litość! Świadczy ona także o mojej wyobraźni: przecież naprawdę
mogę znaleźć się w podobnej sytuacji - i to nieraz nawet bardzo szybko: wypadek
komunikacyjny, choroba, powódź...).
– Podjąć konkretne działanie – adekwatne do sytuacji.
Zaniechanie działania – nawet z obawy przed wyrządzeniem nieumyślnej szkody - już
jest godne nagany!
– Pewnie warto dodać, że udzielanie pomocy musi być wolne
od osądzania tego, komu warto, a komu nie warto okazywać miłosierdzie. Z jednej
strony dlatego, że bliźni to drugi „ja", a z drugiej – bliźni w potrzebie to przecież
sam Chrystus!
Zakończę
to rozważanie stwierdzeniem, które może stanowić podsumowanie podjętego tematu:
Skoro naszym zadaniem w czasie ziemskiej pielgrzymki jest dążenie do
doskonałości na wzór Ojca Niebieskiego, to jedyną drogą, która do tego
szczytnego celu prowadzi, jest miłosierna miłość. Obraz Samarytanina, który
przedłożył Pan Jezus każdemu z nas, woła: Idź,
i ty czyń podobnie. Okazji nie zabraknie nikomu z ludzi – i to do końca życia.