- Strona główna
- „BĄDŹMY ŚWIADKAMI MIŁOŚCI”
- 16. niedziela zwykła
16. niedziela zwykła
ks. Aleksander Radecki, 18.07.2010 Pytając o własną hierarchię wartości
Maria i Marta z
czytanej dziś Ewangelii nie powinny nam dać spokoju, bo ich sytuacja, ich
problem dotyczy każdego człowieka.
Chrześcijańska
Europa już przed wiekami znalazła „złoty środek", głosząc i realizując
hasło-program ora et labora - „módl
się i pracuj". Warto zauważyć, że pierwsze jest ora, a za nim spójnik „et = i". Nie chodzi zatem o pełny napięcia dylemat modlitwa czy praca, ale o
program, który pozwoli kontemplację, modlitwę wpisać w pracę, w codzienność.
Dodajmy, że w zupełnie niedawnej przeszłości Jan Paweł II napisał encyklikę Fides et ratio - wiara i rozum (14 IX
1998 r.), ukazując, że wiara i rozum to dwa skrzydła, bez których człowiek nie
wzleci w górę, nie wygra swojego życia, nie uszczęśliwi bliźnich.
Znamy
zdanie, mówiące o tym, że gdy Pan Bóg jest postawiony w naszej hierarchii
wartości na pierwszym miejscu – wszystko znajdzie się na właściwym miejscu. Pan
Bóg nic „nie straci" na tym, że my zrezygnujemy z modlitwy, ze spotykania się z
Nim; my odrzucając duchowość – możemy stracić dosłownie wszystko.
Wstrząsnąć
powinien nami wszystkimi artykuł-reportaż Aleksandry
Miedziejko (5.07.2010
/ Onet.pl) pt. „Czarne tajemnice kolonistów", która opisując „wyczyny" bardzo
młodych ludzi, powołuje się na opinię
Marty Melki, psychologa: „Młodzież jest taka infantylna, tak niewychowana z
prostej przyczyny – bo nikt jej nie wychowuje. Dziś dla dorosłych liczy się
zapewnienie dzieciom zawodowych umiejętności. Chcą, żeby dzieci zrobiły
karierę, dostały pracę, usamodzielniły się. O ich wychowanie nie dba nikt. Bo
komu z dorosłych zależy, żeby ich syn czy córka była przyzwoita? Miła dla osób
starszych? Uczynna i koleżeńska? Empatyczna? Uczciwa? Wartości u takich młodych
ludzi często leżą w gruzach – tłumaczy. – Nie mają ich wcale lub mają, ale
bardzo zaburzone. Nie jest dla nich istotne to, że nie należy wyrządzać krzywdy
drugiemu człowiekowi. Nikt ich tego nie nauczył".
Aby
nauczyć, trzeba mieć czas na dialog, spotkanie – i oczywiście potwierdzić
głoszone nauki świadectwem własnego życia. Czy to jest już niedostępny luksus
dla rodziców, wychowawców i młodych ludzi?
Kontemplacja,
modlitwa, wyciszenie, zatrzymanie się przed Bogiem jest po to, by oświecony
łaską rozum wrócił na swoje miejsce i podejmował właściwe decyzje czy plany
działania. Bez tego cały ludzki wysiłek może pójść wniwecz. Czyli: najpierw mam
słuchać Boga, by wiedzieć, jak działać. Każdy, kto pisał pracę naukową, a nawet
zwykłe, szkolne zadanie, wie, że najważniejszy jest plan owej dysertacji; podobnie
plan budowli, podróży... Jeśli podążam w złym kierunku, to zwiększenie prędkości
tylko powiększy straty! Pewnie pamiętamy opowiadanie o robotnikach, którzy
biegali po placu budowy z pustymi taczkami, gdyż tak się spieszyli, że... nie zdążyli
ich załadować! Dodajmy do tego „idiotyzm konsumpcji", który każe gromadzić
wszelakie dobra materialne absolutnie ponad rzeczywiste potrzeby – a będziemy
mieli mniej więcej obraz tego, co nazwiemy „herezją czynu".
Miała
rację pewna dojrzała wiekiem siostra zakonna, gdy w ramach modlitwy powszechnej
wypowiedziała wezwanie: „Módlmy się za tych ludzi, którzy żyją na świecie, a
nie wiedzą, po co!".
Przenieśmy
na moment scenę z dzisiejszej Ewangelii na grunt życia domowego. Co mamy do
zaofiarowania sobie i naszym gościom poza jedzeniem, piciem i telewizją czy
komputerami? A jeśli już nasz gość usiądzie przy stole, czy nie lepiej wykorzystać
w pełni to spotkanie niż krzątać się wokół garnków?
Jest
takie polskie przysłowie, które może nam bardzo rozjaśnić sprawę naszej gościnności:
„Gość w dom – Bóg w dom". Goście nie odwiedzają nas (i my nie idziemy „w gości")
głównie po to, by jeść i pić. Szczytem ludzkiej inteligencji jest przecież
rozmowa, spotkanie! W tej perspektywie warto widzieć swój dom, swoje odwiedziny
i swoich gości. (Mnie osobiście bardzo to uderza podczas... wesel. Suto zastawione
stoły, tańce, parę rachitycznych zwyczajów, związanych z takim wydarzeniem – a
w efekcie weselni goście z obu rodzin nadal pozostają sonie obcy!).
Warto
zabrać obraz ewangelicznej Marty i Marii do rozważenia – zanim zagubieni w
chaosie zniszczymy podstawy swego szczęścia w doczesności i wieczności.