Trzy kroki ku homilii, ks. Marek Gilski

Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy (J 14, 23).

1. Biblia

Jezus wskazuje temu, kto chce żyć w jedności z Nim, pewne punkty: należy zachowywać Jego słowo, spełniać przykazania, trwać w Nim przez miłość (a także przez spożywanie Jego Ciała), co więcej, myśleć i czuć jak On: „Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca”. Dziwne wymaganie znajdujemy w tym zdaniu: jak można cieszyć się z czyjegoś odejścia? Można by powiedzieć, że Jezus pragnie naszej empatii, byśmy nauczyli się myśleć jak On, oceniać jak On, nie dlatego jakoby chciał pozbawić nas naszej indywidualności, ale dlatego, że tylko myśląc tak jak On, odkryjemy piękno Ewangelii, tylko wtedy ona nie będzie dla nas ciężarem. Święty Paweł też napisze do Filipian, że powinni mieć te same uczucia, jakie miał Chrystus. Wtedy można dzielić radość Jezusa powracającego do Ojca, a nie skupiać się wyłącznie na własnym smutku.

Jezus mówi o swoim odejściu i jednocześnie o swojej obecności, a właściwie innym jej wymiarze – dostępnym dla każdego: nie będzie można oglądać Jezusa oczami, dotykać rękami, ale przez słuchanie i wypełnianie Jego słowa można stać się mieszkaniem Boga. Z jednej strony „w domu Ojca jest mieszkań wiele” dla nas, a z drugiej strony każdy z nas może być mieszkaniem dla Ojca i dla Jezusa. Człowiek może mieszkać w Bogu, a równocześnie Bóg chce mieszkać w człowieku. Już teraz jest możliwe to, co kiedyś okaże się w całej pełni.

Nauczyciele żydowscy mówili o Bogu obecnym w szczególny sposób pośród studiujących Jego Prawo. Jezus mówi o Bogu, który zamieszka na stałe w każdym wierzącym i uczyni go indywidualną świątynią Jego obecności. Stary Testament nauczał, że Bóg mieszkał w swojej świątyni i pośród swojego ludu, Jego prawa zostały zapisane w sercach ludzi Mu wiernych oraz Jego Duch działał przez Jego proroków. Jezus poszerza jednak i nadaje osobowy charakter tej perspektywie w sposób nie mający sobie równych w starożytnej literaturze.

Miłość dążąca ze swej natury do zjednoczenia, wyzwala tęsknotę i pragnienie trwałego zjednoczenia z Ojcem przez uwielbionego Chrystusa za sprawą Ducha Świętego. Oryginalną koncepcją Janową jest połączenie idei miejsca w domu Ojca z ideą mieszkania, które Bóg uczynił w wierzącym. To sam wierzący staje się mieszkaniem Ojca i Syna, a po zabraniu przez Jezusa stworzy wraz z wieloma uczniami rzeczywistość, którą będzie dom Ojca. Dom Ojca dotyczy rzeczywistości zbawionych po śmierci, gdyż kontekst wypowiedzi związany z pożegnaniem Jezusa i odejściem do Ojca pozwala jedynie na taką interpretację. „Liczne mieszkania” zatem to zbawieni, o których Apokalipsa powie, że oprócz stu czterdziestu czterech tysięcy opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela” (Ap 7, 4) tworzy je także „wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków” (Ap 7, 9). „Liczne mieszkania” to zjednoczeni z Bogiem w miłości wierni, gdy On zamieszkuje w nich, a oni w Nim. To podwójne zjednoczenie wiernych z Bogiem i Boga z wiernymi zdaje się najpełniej wyrażać wypowiedź z Pierwszego Listu św. Jana, ściśle związanego z Czwartą Ewangelią: „Kto trwa w miłości trwa (menei) w Bogu, a Bóg trwa (menei) w nim” (1 J 4, 16) (D. Piekarz, Jezus jakiego nie znamy. Spotkania z Jezusem w Ewangelii św. Jana, Kraków 2015, s. 70–72; F. Martin, W. M. Wright IV, Ewangelia według św. Jana. Katolicki komentarz do Pisma Świętego, Poznań 2020, s. 268–269; C. S. Keener, Komentarz historyczno-kulturowy do Nowego Testamentu, Warszawa 2017, s. 218; A. R. Sikora, „W domu Ojca Mego mieszkań jest wiele” /J 14, 2/. Perspektywa chrześcijańskiej nadziei, Biblica et Patristica Thoruniensia, T. 9 /2016/, [nr] 4, s. 110–112).

2. Sztuka

„Salvador Dali to artysta niemal współczesny, zmarł niedawno, 23 stycznia 1989 roku. Jego ojciec z zawodu był zamożnym notariuszem, z przekonań – wojującym ateistą. Odpowiednio też dobrał nauczycieli dla swego jedynaka. O pierwszym z nich napisał Dali po latach w swoim Dzienniku geniusza: powtarzał mi przez cały rok, że Bóg nie istnieje, dodając przy tym niezmordowanie, że religia to sprawa kobiet. A ponieważ w rodzinnym domu przyszłego artysty tylko kobiety chodziły do kościoła, chłopiec miał pełne potwierdzenie tej prawdy. Kiedy jednak ojciec wpuścił go do swej biblioteki, w której podobno znajdowały się książki wyłącznie o treści ateistycznej, Salvador trafił na Nietzschego i – jak twierdzi – doznał wstrząsu, gdy przeczytał, że „Bóg umarł”. Jakże to – pisze – właśnie dowiedziałem się, że Bóg nie istnieje, a teraz ktoś powiadamia mnie o jego zgonie! I od tej chwili jakoby zrodziły się wątpliwości natury religijnej na całe dalsze życie.

Obraz Ostatnia Wieczerza pochodzi z 1955 roku, jest duży: ma 167 cm wysokości na 268 cm szerokości (National Gallery, Waszyngton). Dali malował go podobno trzy miesiące, posługując się fotografią. Usytuował tę swoją wieczerzę w czymś w rodzaju przeszklonej werandy znajdującej się tuż nad morzem w miejscowości Port Lligat, gdzie stał dom malarza. Jest to jedyna w swoim rodzaju Ostatnia Wieczerza także dlatego, że znajduje się niemal pod gołym niebem. Wielki stół, z obrusem aż do ziemi, stoi na jakimś niewidocznym tarasie, zadaszonym, bo przykrytym czymś w rodzaju wielkich szyb oprawionych w drewniane ramy pod kątem, tak że sprawia to wrażenie wielościanu. Na osi symetrii, bo obraz jest idealnie symetryczny, siedzi twarzą ku nam, a tyłem do morza, Chrystus z podniesioną prawicą, wskazując palcem niebo. Siedzi na tle spokojnej, świetlistej, opalizującej tafli wody, wśród mgieł i blasku, a blask i światło są tu wspaniałe. Po bokach Chrystusa z każdej strony klęczy po trzech apostołów, nachylone głowy jedni opierają o złożone modlitewnie ręce, inni oparli je czołem o stół. Przy krótszych bokach stołu klęczą dwaj uczniowie z jednej, dwaj z drugiej strony, a dwaj pozostali klęczą vis-a-vis Chrystusa, tyłem do nas. Tylko Chrystus ma podniesioną głowę – jest młody, jasnowłosy, gładko wygolony, o bardzo jasnej karnacji. Szata okrywa Go tylko na prawym ramieniu i boku, lewa część ciała pozostaje obnażona. I do tej nagiej piersi przykłada lewą dłoń. Jedni apostołowie mają na sobie szaty liturgiczne, kapy kapłańskie, inni – habity zakonne, i w ich szerokich rękawach chowają dłonie. Na stole pusto, żadnej uczty. Choć ta scena Ostatniej Wieczerzy całkowicie odbiega od kanonu ikonografii religijnej, to trzeba przyznać, że Dali powstrzymał się tu od nadmiernego fantazjowania i stworzył obraz wręcz ascetyczny w porównaniu ze wszystkim, co dotychczas malował. I osiągnął wspaniały rezultat: nastrój, cisza, światło, przenikanie, symbolika chleba i wina, przestrzeń, góry, morze, powietrze... Przychodzą tutaj na myśl jego słowa, dosyć niezwykłe, jak na człowieka oddanego swego czasu ideologii rewolucji: Niebo nie znajduje się ani na górze, ani na dole, ni z prawej, ni z lewej. Niebo jest dokładnie pośrodku piersi człowieka, który ma wiarę” (B. Fabiani, Gawędy o sztuce. VI-XX wiek, Warszawa 2015, s. 280–283).

3. Życie

„Ingrid Betancourt była franko-kolumbijską działaczką polityczną zatrudnioną w ministerstwie finansów w Bogocie, a następnie wybraną do parlamentu. Jako kandydatka w wyborach prezydenckich z ramienia partii ekologicznej w trakcie kampanii wyborczej w 2002 roku została uprowadzona przez kolumbijskie grupowanie rewolucyjne (FARC). Zakładniczką pozostawała aż do lipca 2008 roku, kiedy wojsko kolumbijskie zorganizowało akcję w celu jej oswobodzenia. W swojej książce-świadectwie Nawet milczenie ma swój cel Ingrid opisała, w jaki sposób na początku niewoli odkryła Biblię. Rozmyślając nad osobą Jezusa, uświadomiła sobie, że nie jest On automatem zaprogramowanym na czynienie dobra, lecz wolnym człowiekiem, który „dokonywał wyborów”. To rozmyślanie kazało się jej zastanowić nad sobą: A jakie było moje przeznaczenie? Czy w stanie całkowitego braku wolności pozostawał mi jakikolwiek wybór? A jeśli tak, to jaki? W tych okolicznościach Ingrid doznała objawienia Bożej obecności, szczególnie w Piśmie Świętym, a także pośród niewoli odkryła swoją wewnętrzną wolność.

Książka, którą miałam w ręku, stała się moim jedynym wiarygodnym rozmówcą. To, co było w niej napisane, miało moc tak wielką, że musiałam spojrzeć na siebie w pełnej prawdzie, przestać uciekać i dokonać moich własnych wyborów. Dzięki swoistej twórczej intuicji zaczęłam odkrywać, że mam do przejścia długą drogę, która mnie dogłębnie przeobrazi, chociaż nie mogłam przewidzieć ani istoty tych przeobrażeń, ani ich zasięgu. Za tymi stronami pełnymi słów rozwijających się w zdania krył się głos, a za tym głosem – umysł usiłujący nawiązać ze mną kontakt. Nie tylko towarzystwo książki pozwoliło mi przezwyciężyć nudę. Mówił do mnie żywy głos.

Obecność Boga i Najświętszej Marii Panny miała dać Ingrid siłę i stać się dla niej wsparciem na sześć i pół roku niewoli w dżungli, w bardzo trudnych warunkach fizycznych i moralnych. Świadectwo umieszczone przez Ingrid na końcu jej książki wyraziło uczucia, jakich doznała w chwili wyzwolenia: do dziękczynienia Bogu (i podziękowań skierowanych do osób, które doprowadziły do jej uwolnienia) dołączyło się przeświadczenie o odnowie całej istoty, dokonującej się podczas, a może nawet w samym centrum, trudnego doświadczenia. Oto ostatnie słowa książki: Z drżeniem uświadomiłam sobie wówczas, że wszystko było nowe, równocześnie zwarte i lekkie, i pośród stającego się światła wszystko znikło, wszystko zostało zabrane, uwolnione, oczyszczone. Czułam, że się narodziłam. Nie było we mnie nic poza miłością.

Trudne doświadczenie umożliwiło powrót do wiary z okresu dzieciństwa i jej umocnienie, a także doprowadziło do nowych narodzin. Później Ingrid skierowała do FARC słowa przebaczenia i zawarła w nich świadectwo promieniujące wiarą, nadzieją i miłością. W naszym życiu zdarzają się inne, może nie aż tak dramatyczne sytuacje, w których jednak czujemy się, jakbyśmy „utknęli w brzuchu wieloryba”, nie mając większych szans na jakiekolwiek działanie. Spotkałem biznesmena, który z powodu wybuchu gazu wulkanicznego, uniemożliwiającego loty samolotów, został na tydzień zablokowany w jakimś hotelu w północnej Europie. Ten bardzo aktywny człowiek, kiedy znalazł się w obcym kraju bez znajomości języka, odbył przymusowe rekolekcje duchowe, czytając po angielsku Biblię leżącą na jego nocnym stoliku. Tydzień później jego żona, która od wielu lat na próżno usiłowała nakłonić męża do wspólnych rekolekcji w jakiejś instytucji religijnej, mogła się przekonać, że przez ten czas zmienił się, rozkwitł, stał się chrześcijaninem... (O. Belleil, Zachować ufność! Jak sobie radzić w trudnych chwilach na podstawie ośmiu historii biblijnych, Kraków 2017, s. 121–123).