Trzy kroki ku homilii, ks. Marek Gilski

Na tych dwóch przykazaniach zawisło całe Prawo i Prorocy (Mt 22, 40).

 
1. Biblia

Faryzeusze powracają z kolejnym wyzwaniem dla Jezusa. Tym razem przysyłają uczonego w Prawie Mojżeszowym. Pytanie jest proste: „Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?”. Nie jest podchwytliwe, lecz ma za zadanie sprawdzić, czy galilejski kaznodzieja ma wiedzę niezbędną do nauczania innych o Bogu i o Jego woli względem ich życia.

Jezus odpowiada, cytując przykazania miłości z Pwt 6, 5 i Kpł 19, 18. Pierwsze jest częścią Szema, monoteistycznego wyznania wiary Izraela, recytowanego przez wiernych w ramach ich codziennych modlitw. Jest to największe przykazanie w Torze, precyzuje bowiem najwyższy obowiązek każdej osoby, jakim jest miłowanie Pana połączonymi siłami serca, duszy i umysłu. Wymagana w nim miłość nie jest po prostu uczuciem lub emocją, lecz zobowiązaniem do zachowywania przymierza z Panem. Drugie przykazanie wzywa nas do miłowania naszego bliźniego z taką samą troską, z jaką w naturalny sposób odnosimy się do własnych potrzeb. Wcześniej Jezus odniósł tę zasadę zarówno do przyjaciół, jak i wrogów (Mt 5, 43-48), określając ją jako jeden z wymogów uzyskania życia wiecznego (Mt 19, 19). Wzięte razem, dwa przykazania miłości streszczają Dziesięć Przykazań, spośród których trzy określają nasze zobowiązania względem Boga, a siedem dotyczy naszych obowiązków względem innych.

By podkreślić tę kwestię, Jezus dodaje, że na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy. Dosłownie tekst ten stwierdza, że Tora i Prorocy „wiszą” (krematai) na tym podwójnym przykazaniu miłości, tak jakby te dwie reguły podtrzymywały cały ciężar religii biblijnej w jej wszystkich aspektach. Żadnego z innych przykazań Biblii nie da się we właściwy sposób przestrzegać, jeśli któreś z tych dwóch zostaje przekroczone lub naruszone, ponieważ celem całego Boskiego Pisma jest doprowadzenie nas do kochania Boga i innych ludzi oraz do służenia im.

Wielkie przykazanie jest istotą „Prawa i proroków”. U Mateusza przykazanie to jest rozumiane nie tylko jako etyczna maksyma, ale również jako zasada teologiczna. Wskazują na to dwie rzeczy: cel opowiadania Mateuszowego, które w sformułowaniu Mt 22, 40 wyraźnie różni się od tekstów paralelnych (por. Mk 12, 31; Łk 10, 28), oraz czasownik „krematai”. Jest to termin techniczny odpowiadający aramejskiemu „talui”. Oznaczał on egzegetyczną dedukcję normy postępowania z perykopy biblijnej. Stosując to znaczenie do tekstu Mateusza, odczytujemy następującą myśl: z przykazania miłości może być egzegetycznie wyprowadzona cała Tora. Przykazanie to nie tylko wyraża kulminację woli Bożej, lecz zawiera ją ono całkowicie i zupełnie. W punkcie tym odnajdujemy zasadnicze przeciwstawienie się legalizmowi faryzejskiemu. Faryzeizm znał bowiem rozróżnienie między przykazaniami łatwymi i trudnymi, co jednak nie miało większego znaczenia: nie istniał w nim hierarchiczny porządek praw. Inaczej jest w tekście Mateusza. Obydwa przykazania miłości są nie tylko największe, lecz całe Prawo i Prorocy „zawisły” na nich, niczym drzwi na zawiasach. Są one normą podstawową. Wypełniając je, wypełnia się inne prawa. Zamiast wielości – jedność, zamiast rabinackiej koncepcji równej wartości wszystkich praw – ich hierarchizacja. Mateusz wyniósł przykazanie miłości do rangi kanonu interpretacyjnego całej Tory.

Przykazanie miłości ma znaczenie centralne. Jest ono podstawą całego Prawa i zasadą jego interpretacji. W ten sposób Mateusz, podkreślając wraz z tradycją rabinacką trwałą wartość Prawa, zaproponował równocześnie jego nową interpretację. Na relację między Prawem a miłością zwrócił uwagę Papież Jan Paweł II w konstytucji Sacrae Disciplinae Leges – celem Kodeksu prawa nie jest zastąpienie w życiu Kościoła i wiernych wiary, łaski, charyzmatów, a szczególnie miłości. Przeciwnie, Kodeks został stworzony po to, aby do społeczności kościelnej wprowadzić taki porządek, który ułatwi realizację uporządkowanej miłości (C. Mitch, E. Sri, Ewangelia według św. Mateusza. Katolicki komentarz do Pisma Świętego, Poznań 2019, s. 316–317; J. Kudasiewicz, Jezusowe prawo miłości, „Ethos” 43(1988), s. 58–60).

2. Sztuka

Namalowane przez Jacoba Jordaensa około 1660–70 roku przedstawienie Chrystusa wśród faryzeuszy (Christ among the Pharisees, Sotheby’s Hong Kong) pochodzi z okresu tuż przed przejściem artysty na protestantyzm, kiedy to różnice między doktryną katolicką a protestancką musiały zaprzątać jego myśli.

Jordaens, jego córka i domownicy przeszli na protestantyzm w 1671 roku, kiedy artysta miał 78 lat. Jego związek z protestantyzmem datuje się jednak znacznie wcześniej, bowiem zmarła w 1659 roku żona została pochowana w kalwińskim kościele w Putte, tuż za holenderską granicą. Wydaje się prawdopodobne, że Jordaens powstrzymywał się od publicznego wyrzeczenia się wiary katolickiej z powodów biznesowych; w katolickiej Antwerpii zasadne było nieporuszanie tej kwestii wśród klientów.

Przedstawiając Chrystusa wśród faryzeuszy, z unoszącą się nad Nim gołębicą Ducha Świętego, Jordaens zobrazował debatę religijną, a nie konkretny epizod z Nowego Testamentu. Prawa ręka Jezusa skierowana jest w górę, w stronę Ojca. Jego lewa ręka wskazuje na księgi trzymane przez faryzeuszy. Księgi są napisane po flamandzku, a tekst wydaje się odnosić do wersów ze Starego i Nowego Testamentu (Iz 63 po lewej i Ewangelii Jana po prawej). Tekst po lewej stronie w przybliżeniu tłumaczy się jako „Widzieliśmy go, ale go nie rozpoznaliśmy”, co Jordaens podkreśla za pomocą półślepego uczonego, trzymającego duże okulary, który unosi głowę w kierunku księgi i Chrystusa. Grupa faryzeuszy po prawej stronie konfrontowana jest z tekstami z Nowego i Starego Testamentu, w których czytamy: „Jezus Chrystus jest prawdą”. „Bóg żyje wiecznie” i „Ja jestem Zmartwychwstaniem”.

Chrystus, trzymając jedną rękę na Piśmie Świętym, a drugą wskazując w górę, pokazuje, że jest jedyną drogą do zbawienia. Faryzeusze mogą więc spiskować ile chcą i dążyć do zniszczenia Chrystusa, ale ostatecznie zbawienie i przesłanie miłości Chrystusa zwycięży wszystko (https://www.sothebys.com/en/buy/auction/2019/old-masters-evening-sale/jacob-jordaens-christ-among-the-pharisees ; https://christian.art/daily-gospel-reading/matthew-12-14-21-2020/, dostęp: 06.05.2023).

3. Życie

„W przedwojennej Polsce niemal w każdej miejscowości żyli obok siebie ludzie różnej nacji i religii. Najczęściej sąsiadowali ze sobą Polacy i Żydzi, którzy zazwyczaj żyli obok siebie w zgodzie, współpracy, a nawet przyjaźni. Wojna zmieniła rzeczywistość dobrosąsiedzkiej symbiozy, z Żydów uczyniła pokolenie skazane na eksterminację, a kolejne rozporządzenia niemieckiego okupanta, dotyczące egzystencji przedstawicieli narodu wybranego, można uznać jako zaciskanie pętli na szyi. Nadto na okupowanych ziemiach Polski, w odróżnieniu od wielu innych krajów, Niemcy wydali rozporządzenie, że wszelka pomoc i ukrywanie Żydów będzie karane śmiercią. Małopolska wieś Markowa, podobnie jak wiele innych miejscowości, stała się areną wydarzeń, które odsłoniły dwa przeciwstawne i różne krańce ludzkich postaw i zachowań; od bohaterstwa, altruizmu i poświęcenia życia, po zdradę lub obojętność wobec losu prześladowanych ludzi.

W Markowej, skąd pochodzili oboje Ulmowie [Józef i Wiktoria], żyło około dwudziestu rodzin żydowskich. Jedna z nich nawet blisko sąsiadowała z Ulmami. Kiedy od 1942 roku dla Żydów zaczęła się droga przez mękę, wielu z nich szukało schronienia u znajomych. Pewnego dnia, prawdopodobnie pod koniec 1942 roku, do skromnego domu Józefa i Wiktorii zapukały, prosząc o schronienie – najpierw córki pochodzącego z Markowej Chaima Goldmana (Lea Didner z córeczką i Gołda Griinfeld), potem uciekający z Łańcuta Saul Goldman ze swoimi czterema synami, którzy w mieście zwani byli Szallami – razem osiem osób...

W tamtej chwili tym, co najbardziej wzruszyło serce Józefa – w tej jakże trudnej, wręcz tragicznej sytuacji – było wspomnienie wspólnych dziecinnych lat, a także bliskiej zażyłości, wyrażone teraz bardziej postawą i oczami, niż jakimkolwiek innym argumentem...

Dwa słowa: Józek! Ratuj... stały się dla Ulmy jak sakramentalne credo... Oczekiwanie na progu, które w rzeczywistości trwało krótką chwilę, dla nich obu było jakby stąpnięciem w wieczność. Czas przestał istnieć, paragrafy wojenne na tę chwilę zostały zawieszone i przestały obowiązywać, a religia – dzielić... Zwyczajnie i po prostu – człowiek stał przed człowiekiem z taką błagalną nadzieją i determinacją w oczach – że świat niejako zamknął się i ograniczył do tego jednego spojrzenia.

Obydwaj stanęli na krawędzi. Za nimi i przed nimi otwierała się przepaść. W tej chwili Józefowi wydawało się, że trzyma w ręku linę, która jest lub może być jedyną pomocą i ratunkiem od nieszczęścia, jakie zagraża nieprzytomnym z lęku o życie ludziom... Stał spokojnie. I nagle, jakby ktoś podsunął mu przed oczy czytany niedawno fragment Ewangelii o miłosiernym Samarytaninie. Wprawdzie próg jego domu nie był drogą ku Jerozolimie, ale człowiek stojący przed nim ma tam swoje korzenie...

Teraz nadeszła moja godzina – pomyślał Józef – i w tej samej chwili gestem wyciągniętej dłoni wskazał wnętrze swojego domu. – Wejdź! – usłyszał swój głos – Gość w dom, Bóg w dom. W ułamku sekundy Saul pochylił się ku tej wyciągniętej ręce, skłonił się nisko i pocałował chłopską, spracowaną rękę Józefa, wymawiając niezliczoną ilość razy dwa słowa: Dziękuję. Szalom... Gospodarz zmieszał się mocno i wyrywając ściśniętą dłoń, wziął sąsiada w ramiona... W tym zwykłym ludzkim i bratnim uścisku poczuł radość i niepokój zarazem, jak powiedzenie znane współcześnie: dwa w jednym.

Co ma być, to będzie – powiedziała Wiktoria – i poszła wstawić wodę na herbatę, aby pod dachem swego domu przyjąć gości, którzy odtąd będą domownikami.

W ten oto sposób – los Polaków i Żydów, jako katolików i wyznawców judaizmu, Starszych Braci w wierze – na tym etapie historii zostały złączone. Czas pokazał, że odtąd na zawsze...

Od pamiętnej chwili życie rodziny Ulmów nie płynęło już tak samo, jak dawniej. Przyjęci pod dach, ukrywający się Szallowie i Goldmanowie, urządzili na strychu kryjówkę, ściągając nieco ubrań, mebli i przedmiotów codziennego użytku. Na ile było to tylko możliwe, pomagali w pracach domowych i w gospodarstwie, ale zawsze z zachowaniem koniecznej ostrożności wobec innych.

Faktem bezspornym jest to, że Ulmowie nie byli jedyną rodziną w Markowej, która przechowywała Żydów. Nie wszyscy zginęli. Do końca okupacji w chłopskich chatach, dzięki pomocy odważnych Polaków, dwudziestu jeden Żydów przeżyło i zostało uratowanych! W różnych kryjówkach przeżyli swoje, chyba najtrudniejsze chwile w życiu. Jednakże wokół całej tak delikatnej sprawy panowało – w rodzinach, we wsi i w okolicy – zgodne milczenie. Jedynie od czasu do czasu – z ust życzliwego sąsiada musiało paść takie oto pytanie: czy wiecie, na co się narażacie? Przecież Niemcy tylko czekają na wytropienie okazji, żeby dokonać egzekucji, tak na Żydach jak i Polakach... Do Ulmów przychodziły też pisemne ostrzeżenia: Usuńcie tych Żydów, bo...

Józef i Wiktoria niejeden raz rozmawiali i dyskutowali nad bezpieczeństwem własnej rodziny i tych, których przyjęli pod swój dach. Ilekroć obawa zdawała się brać górę nad zaufaniem do Opatrzności, małżonkowie sięgali po Nowy Testament, by kolejny raz odczytać 10. rozdział Ewangelii św. Łukasza: Przykazanie MiłościMiłosierny Samarytanin.

O ukrywaniu Żydów przez rodzinę Ulmów doniósł Niemcom prawdopodobnie Włodzimierz Leś – granatowy policjant z Łańcuta. Żydzi, którzy znaleźli schronienie w domu Ulmów, również pochodzili z Łańcuta. Chodzi o Szallów, czyli Saula Goldmana i jego czterech synów. Kiedy Niemcy rozpoczęli zdecydowaną walkę z Żydami, Saul Goldman, kupiec z Łańcuta zaczął szukać schronienia dla siebie i swoich synów. Przyobiecał mu taką Włodzimierz Leś, posterunkowy granatowej policji w Łańcucie. Ale nie była to pomoc bezinteresowna, ponieważ Goldmanowie za przysługę oddali mu swoje dobra... Niestety, jak to bywa ze zdrajcami, gdy tylko Goldmanowie przekazali mu dobra, posterunkowy niedługo potem kazał im opuścić kryjówkę. Po prostu wyrzucił ich na bruk. Odeszli z Łańcuta i najprawdopodobniej od tamtego czasu znaleźli schronienie w domu Ulmów.

Wiosna 1944 roku wyraźnie wskazywała, że powoli kończy się niemieckie panowanie na okupowanych ziemiach. Być może Goldmanowie zwracali się do Lesia o wsparcie czy zwrot majątku, na co jako człowiek zaborczy i chciwy nie chciał ani przystać, ani zwrócić łatwo zdobytego bogactwa. Kiedy więc Saul prosił o zwrot majątku – a wiadomym było, że Niemcy za pomoc i ukrywanie Żydów karali Polaków karą śmierci – to właśnie wtedy mogła powstać w nim myśl o zdradzie. Jednak pokusa pochodząca z chciwości stała się bezpośrednim powodem, dla którego granatowy policjant z Łańcuta postanowił zdradzić Niemcom kryjówkę znajomych Żydów...

Kilka dni przed tragedią granatowy policjant osobiście przyszedł do domu Józefa Ulmy – aby pod pozorem zrobienia zdjęcia potrzebnego do dokumentów – rozejrzeć się po domu i potwierdzić swoje podejrzenia.

Włodzimierz Leś uzyskał potrzebne informacje. Podejrzenia okazały się prawdziwe, a na skutek nie trzeba było długo czekać. Niebawem niemieccy żandarmi i granatowa policja zjawili się na wskazanym miejscu i dokonali egzekucji... Jedną zdradę granatowego policjanta przypłaciło życiem siedemnaście osób, w tym ośmioro dzieci...” (M. E. Szulikowska, Markowskie bociany. Opowieść o bohaterskiej Rodzinie Wiktorii i Józefa Ulmów, Przemyśl 2023, s. 81–93).