Trzy kroki ku homilii, ks. Marek Gilski

Jeśli sprawiedliwy odstąpił od sprawiedliwości, dopuszczał się grzechu i umarł, to umarł z powodu grzechów, które popełnił. A jeśli bezbożny odstąpił od bezbożności, której się oddawał, i postępuje według prawa i sprawiedliwości, to zachowa duszę swoją przy życiu (Ez 18, 26-27).

1. Komentarz naukowy

Odpowiedzialność osobista jest wymaganiem, które skłania do zainicjowania i kontynuowania działania w odpowiedzialny sposób. Po wstrząsie automatycznej ufności w świątynię i w inne instytucje Izraela, spowodowanym warunkami wygnania, prorok zwraca uwagę na zbytnią ufność narodu izraelskiego w zasługi na rzecz utrwalania przymierza. W tej nowej sytuacji odpowiedzialność osobista będzie bardziej świadoma: nie można obarczyć winą ojców i dziadków, a tym samym unikać sprawiedliwości Bożej. Ezechiel poucza, że sprawiedliwe i uczciwe postępowanie człowieka, niezależnie od winy jego przodków, zamyka się w ramach dziesięciu przykazań Bożych i innych przepisów Tory. Argumentacja prorocka zaczyna się od zacytowania krążącego wśród Izraelitów na wygnaniu powiedzenia: Ojcowie jedli zielone winogrona, a synom cierpną zęby (Ez 18, 2), które znaczy, że ojcowie nagrzeszyli, a ich potomkowie ponoszą tego skutki. Prorok Ezechiel zakazuje powtarzania tej maksymy. Według niego, umrze tylko ta osoba, która zgrzeszyła. Bóg poczytuje grzech tylko tej osobie, która go popełniła, i tylko jej wymierzy sprawiedliwą karę.

Według Ezechiela człowieka określa się przede wszystkim przez pryzmat jego aktualnej postawy i sposób bycia przed Bogiem. Oczyszczenie pozwala jednostce na udział w życiu wspólnotowym w relacji z Bogiem; jednostce zostało udzielone to, co było nieraz ofiarowywane wspólnocie. Wobec grzechu i sądu Ezechiel w pierwszej chwili podjął wcześniejsze napomnienia proroków, którzy wzywali do nawrócenia i do zmiany postępowania (Ez 18, 30n). Prorok oczekuje zmiany postawy człowieka będącej wynikiem odkupieńczego działania Boga. Oczekuje on przebaczenia winy, której nie można odpokutować (Ez 36, 25), radykalnej odnowy człowieka posłusznego, o nowym sercu (Ez 11, 19n; 36, 26), oraz daru Bożego, który uczyni go zdolnym pełnić wolę Bożą (Ez 11, 19; 36, 27). Tak więc człowiek odkupiony i odnowiony jest w stanie jak gdyby sam ze siebie chcieć i czynić to, co słuszne, zgodnie z przykazaniami Jahwe. Dopiero wtedy na ziemi ukształtuje się wspólnota międzyludzka, która będzie żyła w ścisłej wspólnocie z Jahwe.

Działania przeszłości wywierają bardzo silny wpływ na obecne decyzje. Chociaż nie można unicestwić i zniszczyć swojej przeszłości, to jednak można uwolnić się od niej przekraczając ją. W tym miejscu posłanie Ezechiela jest optymistyczne i jednocześnie wymagające. Tym, co określa radykalnie taką możliwość, jest wola Boga, który szuka życia człowieka. Także sprawiedliwy, który zgrzeszy, może się znowu nawrócić. Jak mówi św. Paweł w Liście do Filipian 2, 12: Z lękiem i respektem pracujcie na wasze zbawienie. To, co prorocy przepowiadali narodowi, Ezechiel proponuje każdemu osobiście. Wątpliwości mogą mieć tylko ci, którzy ulegli fatalizmowi i boją się wymagań nawrócenia (G. Witaszek, Sprawiedliwość społeczna a odpowiedzialność indywidualna (Ez 18), Ruch Biblijny i Liturgiczny, 1996, nr 3, s. 154–164).

2. Mistrzowie teologii i życia duchowego

„Święci mają poczucie humoru. Nie mam na myśli jedynie kanonizowanych świętych, lecz wielką armię żarliwych, porządnych chrześcijan, którzy we wszystkim, w każdym wydarzeniu odczytują historię Boskiej miłości. Święty może zostać zdefiniowany jako ktoś, kto ma Boże poczucie humoru, gdyż żaden święty nie traktuje tego świata serio i nie uważa go za wieczne miasto” (F. J. Sheen, Myśli na każdy dzień, Słubice 2018, s. 157).

3. Z życia wzięte

„Dorastałam w wyznaniu przesiąkniętym legalizmem. Znaczy to, że kochaliśmy wszystkich i przyjmowaliśmy ludzi w gościnnością, z jakiej słyną Teksańczycy, ale jednocześnie byliśmy raczej pewni tego, że tylko my dostaniemy się do nieba. Moim marzeniem było zostać dyplomowaną pielęgniarką. Ukończyłam studia. Kiedy zobaczyłam, że pobliski ośrodek planowania rodziny poszukuje kogoś z takimi kwalifikacjami, jakie posiadałam, byłam nieufna. Powiedziano mi, że nie przeprowadza się tam aborcji i że miałabym odpowiadać za kwestie związane z planowaniem rodziny i badaniami na obecność chorób wenerycznych, a także za przeprowadzanie testów ciążowych i konsultacje dla ciężarnych. Uspokoiłam się. Z tym mogłam sobie poradzić. Wiedziałam, że nie chcę mieć nic wspólnego z aborcją. Większość czasu w pracy spędzałam na badaniu i leczeniu studentek z chorób przenoszonych drogą płciową i zakażeń układu moczowego. Rozdawałam też środki antykoncepcyjne niczym cukierki i przeprowadzałam rutynowe rozmowy z kobietami stosującymi pigułki antykoncepcyjne.

Zaczęłam bacznie przyglądać się temu, co działo się w recepcji. Zauważyłam coś, co wcześniej umknęło mojej uwadze. Kiedy jakaś dziewczyna prosiła o test ciążowy, dostawała formularz zawierający pytanie o to, jaką podejmie decyzję, jeśli okaże się, że wynik testu jest pozytywny. Kobieta miała zaznaczyć, czy wybrałaby aborcję, adopcję czy kontynuowanie ciąży i wychowanie dziecka. Kiedy jakaś kobieta, jeszcze przed poznaniem wyniku testu, zaznaczyła na formularzu, że skłania się ku aborcji, recepcjonistka zatrzymywała dokument. Jeśli test potwierdził ciążę, zamiast odsyłać pacjentkę do mnie, dyplomowanej pielęgniarki, recepcjonistka dzwoniła natychmiast do ośrodka przeprowadzającego aborcje i umawiała ją tam na wizytę. Byłam wściekła. Chciałam mieć szansę, by przedstawić tym kobietom wszystkie możliwości; zachęcić je, by przemyślały wszystko i nie podejmowały żadnych pochopnych i nieodwracalnych decyzji; chciałam, by wiedziały, że nie są same i że istnieją organizacje, które pragną je wesprzeć i pomóc im wybrać życie dla ich dziecka.

Pewnego dnia recepcjonistka poinformowała mnie telefonicznie, że odsyła do mnie pacjentkę, którą należy natychmiast zbadać. Przypomniałam sobie, że w samochodzie mam detektor tętna płodu, którego używałam, kiedy pracowałam jako położna. Pobiegłam po niego i pędem wróciłam do pacjentki. Obie się nachyliłyśmy i zaczęłyśmy intensywnie nasłuchiwać bicia serca płodu. Nic. Nie było słychać żadnego bicia serca. wyjaśniłam jej, że doszło do śmierci płodu. Z jakiegoś powodu serce jej dziecka przestało bić. Powiedziałam jej, że natychmiast musi się udać do szpitala. Dziecko urodziło się martwe.

Kilka dni później dyrektorka oddziału wpadła do mojego gabinetu.

– Jakim prawem używasz tu detektora tętna, żeby pozwolić kobietom usłyszeć bicie serca? Dlaczego nie odesłałaś tej kobiety do naszego ośrodka aborcyjnego? – zapytała.

– Gdybym ją tam odesłała, lekarz zrobiłby USG i powiedział, że jej dziecko jest martwe.

– Oczywiście, że nie – powiedziała dyrektorka. – Zanim zrobilibyśmy USG, mielibyśmy już jej zgodę na przeprowadzenie aborcji. Jedynym celem badania USG jest ocenienie wielkości płodu, żebyśmy wiedzieli, jaką podać cenę i jaki rodzaj zabiegu przeprowadzić.

Siedziałam wstrząśnięta. Z trudem do mnie docierało, co ta kobieta mówiła. Nie mogłam dłużej usprawiedliwiać pracy w ośrodku tym, że nie wykonywaliśmy aborcji na miejscu. Zarabiałam pieniądze w organizacji, która bogaciła się na śmierci dzieci. Oczywiście już wcześniej zdawałam sobie z tego sprawę, ale z jakiegoś powodu myśl, że pozwolono by tu kobiecie, której dziecko już zmarło, żyć z przekonaniem, że usunęła żyjące dziecko, wydała mi się jeszcze bardziej obrzydliwa. Dokładnie naprzeciwko mojej przychodni znajdowało się centrum pomocy kobietom w ciąży. Kiedy postanowiłam, że nie mogę zostać w tym okropnym miejscu ani minuty dłużej, przeszłam przez ulicę i wmaszerowałam do środka. Stanęłam przed recepcją i oznajmiłam:

– Jestem dyplomowaną pielęgniarką z ośrodka po drugiej stronie ulicy i właśnie przyłapano mnie na tym, że jestem pro-life. Wybuchnęłam płaczem. Naiwnie myślałam, że zarówno placówki aborcyjne, jak i ośrodki pomocy kobietom w ciąży istnieją po to, by wspierać kobiety w chwili kryzysu” (A. Johnson, K. Detrow, Ściany będą wołać. Byli pracownicy placówek aborcyjnych opowiadają swoje historie, Kraków 2020, s. 147–157).