Trzy kroki ku homilii, ks. Marek Gilski

Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba (Dz 1, 11).

1. Komentarz naukowy

Niebo jest miejscem zamieszkania Boga. Rozciągnąwszy je niczym namiot, zbudował Bóg nad wodami poszczególne piętra swego pałacu (Ps 104, 2 n). Stąd wyrusza, by przemierzać niebo na obłokach (Ps 68, 5. 34; Pp 33, 26) i rozbrzmiewać swym głosem ponad rozległymi wodami podczas grzmotów burzy (Ps 29, 3). Sformułowań powyższych nie można uważać za dziecinne obrazy lub za przesady poetyckie. Są to wizje, poetyckie co prawda, ale głębokie i autentyczne wizje rzeczywistości naszego świata lub dokładniej: wszechświata, podporządkowanego w całości władzy Boga i przenikniętego Bożym wejrzeniem. Jeśli Pan zasiada na tronie w niebie, to dlatego, że uśmiecha się na widok królów ziemskich i ich spiskowania (Ps 2, 2 nn.; por. Rdz 11, 7); powieki Jego badają synów ludzkich (Ps 11, 4); potrzebne Mu jest tak wysokie miejsce, żeby mógł wszystkim wymierzać sprawiedliwość; jest On Majestatem ponad niebiosami po to, by mógł wydźwignąć ubogich z pyłu ziemi (Ps 113, 4 nn.).

W Biblii niebo jest opisane szczegółowo. Wejście do niego oznacza wkroczenie na określony obszar. Jezus nazwał je „miejscem” (J 14, 2-3). Gdzie się znajduje niebo? Odpowiedź brzmi: Jest ponad ziemią. W opisach jego położenia dominują obrazy o charakterze wertykalnym. Niebo jest miejscem, z którego Bóg spogląda na ziemię (Ps 14, 2; 80, 15; 102, 20); stamtąd też zstąpił Chrystus (J 6, 33. 38. 41. 42). W niebo wpatrują się ludzie będący na ziemi, tam też wstąpił Chrystus po zakończeniu ziemskiego życia. Wymowa tych obrazów jest jednoznaczna: niebo jest dalekie od ziemskiej rzeczywistości, będąc wyższą formą istnienia. Niektóre fragmenty Pisma Świętego wskazują na wyraźne oddzielenie nieba od ziemi. Gdy autor Księgi Koheleta mówi: Bóg jest w niebie, a ty na ziemi (Koh 5, 1), rozumie przez to, że niebo jest innym niż ziemia wymiarem rzeczywistości.

Niebo jako termin pojawia się często w języku Jezusa, ale nigdy nie oznacza rzeczywistości, która by istniała sama w sobie, niezależnie od Boga. Jezus mówi o Królestwie niebieskim, o zapłacie przygotowanej w niebiosach (Mt 5, 12), o skarbie, który należy sobie przygotowywać w niebie (6, 20; 19, 21), ale to dlatego, że myśli ciągle o Ojcu, który jest w niebie. Kiedy Jezus mówi o niebie, to nie ma przy tym na myśli jakiejś rzeczywistości cudownej i odległej. Mówi o świecie, który należy do Niego i który jest dla Niego rzeczywistością najbardziej konkretną i najbardziej poważną z wszystkiego, co składa się na nasz świat widzialny. On zna tajemnice Królestwa niebieskiego (Mt 13, 11); zna jako własnego Ojca. Tego, którego my posiadamy jako Ojca naszego w niebie (12, 50; 16, 17; 18, 19). By mówić tak o niebie, trzeba było z nieba przyjść na ziemię, bo nikt nie wstąpił do nieba oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego, który jest w niebiesiech (J 3, 13).

Jeżeli Jezus przyszedł z nieba i tam wraca, jeśli prawdą jest, że wierni już teraz razem z Nim przebywają w niebie, bo Ojciec już ich wskrzesił i pozwolił zasiadać w niebiosach (Ef 2, 6), to przecież dzieło Chrystusa trwa nadal. Polega ono na ścisłym łączeniu ziemi z niebem, na sprawianiu, aby przyszło Królestwo niebieskie, aby się dokonywała wola Boża na ziemi i w niebie (Mt 6, 10) (Słownik teologii biblijnej, red. X. Leon-Dufour, Poznań-Warszawa 1973, s. 536–240; L. Ryken, J. C. Wilhoit, T. Longman III, Słownik symboliki biblijnej. Obrazy, symbole, motywy, metafory, figury stylistyczne i gatunki literackie w Piśmie Świętym, Warszawa 2017, s. 579).

2. Mistrzowie teologii i życia duchowego

„Wstąpienie do nieba nie jest zwykłą odwrotnością zstąpienia na ziemię, jak to było na przykład w historiach bogów, którzy znikając, tracili swą zjawiskową postać. Wstąpienie do nieba jest zabraniem z sobą całej rzeczywistości stworzenia i przeniesieniem jej do Boga. Gdybyśmy się wahali wprowadzić ten świat w obszar Boga, motywując to tym, że Bóg jest całkowicie od nas odmienny i w wieczności nie potrzebuje całego blichtru, który tu na ziemi dawał nam zadowolenie, to przypomnijmy sobie, że to On sam ten świat wymyślił i przyozdobił, że akceptuje również jego cierpienie i otoczył je tak wielką miłością, że stał się na tym świecie człowiekiem i doświadczenie swego człowieczeństwa włączył w swą wiekuistą pamięć. Więcej nawet: gdy wstępował do nieba, wprowadził do niego swe prawdziwe ludzkie ciało, ze wszystkim, co składało się na jego cielesność” (H. U. von Balthasar, Eschatologia w naszych czasach, Kraków 2008, s. 77).

3. Z życia wzięte

„Siedziałem więc pod celą z kolegą i rozmawiałem o tym, o czym się w więzieniu nie rozmawia. Był recydywistą, miał przesiedziane dwadzieścia pięć lat. Imponował mi. Ateista. Znaleźliśmy wspólny język na temat tego, co Kościół robi źle. Bo według mnie, Kościół wszystko robił źle. Był dla mnie instytucją, która dostawała od mojej babci pieniądze, które – po mojemu – należały się mnie. Za dzieciaka dziadek często wysyłał mnie na mszę, i nawet dawał pieniądze na tacę, abym na pewno trafił do kościoła. Brałem pieniądze i szedłem na automaty do gier. Dla mnie cała ta akcja z Kościołem, Bogiem i wiarą to była jakaś bzdura wymyślona dla słabych ludzi.

Siedziałem i snułem marzenia, jak chciałbym, aby wyglądało moje życie. Umiałem właściwie marzyć tylko w sposób, który polegał na wymyślaniu przeciwieństwa tego, co znałem. Żebym miał normalną rodzinę, czyli bez wódy i awantur, za to z pełną lodówką, dom, w którym zamiast szukać na siłę problemów, szuka się rozwiązań. Żebym nie musiał martwić się o jedzenie, a po powrocie do domu z pracy miał się do kogo przytulić, uśmiechnąć się i powiedzieć: „Cześć”. I żebym wiedział, że jestem bezpieczny, a oni są bezpieczni ze mną.

Któregoś dnia kolega ateista zagadał:

Grzesiek, pamiętasz, jak opowiadałeś, jak wpadłeś w amfę? Że zaproponował ci kolega i uległeś, bo myślałeś, że coś się zmieni w twoim życiu na lepsze? Że będziesz miał pieniądze? A zamiast zmiany przyszła ruina.

No. A co?

– Dużo czytasz, ale ciągle tylko kryminały i przygodówki. Nie za dużo tego kryminału u ciebie w życiu?

– Hmm...

– Bo wiesz... Jest jedna ciekawa książka, w której jest to, czego szukasz. Przyjaźń, miłość i nadzieja. – Zrobił dłuższą pauzę. – Gdyby ci nie spasowała, zawsze możesz odłożyć, raczej życie bardziej ci się nie posypie, co nie?

– Dawaj, co to?

– Biblia.

Popatrzyłem na niego jak na debila.

– Ty tak serio? Jaranie z wczoraj ci nie przeszło? – parsknąłem śmiechem.

Ale on się nie śmiał.

Czytałem trzy razy. Mnie niewiele dała, ale może tobie, jak spróbujesz? Tylko wiesz, czytaj jak ciekawą książkę historyczną, tylko tyle.

Koleś trochę w życiu przeszedł, widziałem, że tym razem nie żartował. Szanowałem typa, więc nie ciągnąłem śmiechawy z tematu. Minęło kilka dni. Długo nad tym myślałem. Te jego słowa i sposób, w jaki to wszystko mówił, wierciły mi dziurę w głowie. Kurde, Biblia? No kurde... Biblia? BIBLIA??? Przecież pomyślą, że mi odwaliło... Ale doszedłem chyba do punktu, w którym czułem, że niewiele mam już do stracenia. Któregoś więc dnia zaczepiłem zgreda, który chodził do kościoła i miał Biblię, czy da mi poczytać. Zwietrzył interes. Dobiliśmy targu, poszła za dwa szlugi. Ubiłem interes życia. Dosłownie.

Zacząłem od Starego Testamentu. Adam i Ewa zwiedzeni przez węża i siebie nawzajem. Wszystko schrzanili... Hm, gdzie tu nadzieja? „Dalej będzie pewnie jeszcze gorzej” – pomyślałem i.... nie myliłem się. Przeskoczyłem do Abla i Kaina, gdzie jeden drugiego zabił z zazdrości, choć byli braćmi! Potem przyszła kolej na króla Dawida i akcję z Uriaszem. Pożądanie, morderstwo. Doszedłem do wojen. I cały czas nie umiałem dostrzec niczego poza dołującymi wydarzeniami. Miałem dość... Poza tym co to za język w ogóle? Co w tym pozytywnego? I jeszcze te maleńkie literki...

– To nie dla mnie, stary – przyznałem się kumplowi. – Za dużo dziwnych akcji, jakieś ludy ciągle walczą, ciągle komuś coś nie pasi... Gdzie tu miłość i przyjaźń?

– Kurde. – Kumpel zrobił wielkie oczy. – Zapomniałem ci powiedzieć, żebyś zaczął od Nowego Testamentu. Od Nowego zacznij.

Wróciłem do książki. Otwieram. Bohater główny: Jezus z Nazaretu. Czytam. Druga, trzecia strona... „W sumie spoko gość” – myślę. Chwilami czuję się jak w dobrej książce przygodowej. Facet pomógł to temu, to tamtemu. Jednego uzdrowił, drugiego wskrzesił. Tu rozmnożył jedzenie, a tam pogonił frajerów faryzeuszy. Przemawiał tak, że tłumy go słuchały. Zawsze wiedział, co powiedzieć i jak się zachować. Nikogo nie potępiał. Mówił o miłości tak, jak nigdzie wcześniej nie czytałem w żadnej książce. No spoko gość!

Czytałem dalej. Tak minęło wiele dni. Po trzech tygodniach zauważyłem, że zrobiłem się jakby spokojniejszy. Mniej nerwowego rozglądania się za dragami, mniej wkurzania się na różne sprawy w celi. Jakieś rycie beretu czy coś? Ale mijały kolejne dni, a spokój nie znikał. Po jakimś czasie zacząłem analizować dosłownie każde słowo. Były zupełnie różne od wszystkich, które dotąd znałem. Zastanawiałem się też nad rzeczami, które robił Jezus. Nad tym, z jaką siłą przemawiał i jak bardzo był pewny tego, co mówił. „Czy to może być prawda?” (G. Czerwicki, R. Czerwicka, Nie jesteś skazany, Nowy Sącz 2020, s. 104–107).